poniedziałek, 18 lutego 2019

Moja pierwsza „zachodnia” płyta winylowa: Pink Floyd - „Animals” (1977)


 
 Ludzie najbardziej pamiętają wszystko to, czego doświadczyli po raz pierwszy w życiu, np. „pierwszą miłość”. Dla różnego rodzaju kolekcjonerów takim wydarzeniem będzie na pewno zakupienie jakiegoś pierwszego przedmiotu, który kolekcjonują. Dla fanów muzyki będzie to na pewno zakupienie pierwszej wartościowej - ich zdaniem – płyty. W moim wypadku jest to na pewno zakupienie mojej pierwszej „zachodniej” płyty winylowej.

Czemu napisałem „zachodniej” w cudzysłowie? Bo tak naprawdę nie była to płyta zachodnia, a więc nie pochodziła z któregoś z tych pięknych - dla ludzi ze Wschodniej Europy – krajów Europy Zachodniej jakimi były np. Wielka Brytania, RFN, Francja Włochy itp., ale jugosłowiańska. A jak wiadomo, Jugosławia nie była państwem „zachodnim”, czyli kapitalistycznym, a socjalistycznym, choć nieco innym niż pozostałe kraje bloku komunistycznego.

Dzisiaj może się to wydawać niepojęte, ale wówczas to właśnie w Jugosławii poziom życia był znacznie wyższy niż w większości krajów socjalistycznych, w tym w Polsce. Był to także komunistyczny kraj, ale z dużą dawką gospodarki rynkowej, dzięki czemu można tam było produkować i wydawać najnowsze płyty z muzyką rockową.

Żeby nie zanudzać od razu powiem, że tą moją pierwszą „zachodnią” płytą winylową jaką kupiłem był album „Animals” brytyjskiego zespołu Pink Floyd. W chwili wydania tego albumu grupa ta była już gwiazdą światowego formatu, sprzedawała miliony płyt, a każde jej nowe dzieło, jeszcze przed wydaniem, cieszyło się wielkim zainteresowaniem. Z drugiej strony, w czasie gdy nagrywano ten album grupa znajdowała się już początkowej fazie rozpadu. Powodem tego stanu rzeczy były kwestie artystyczne (wypalenie muzyków), personalne (narastający konflikt pomiędzy basistą i liderem Rogerem Watersem a resztą zespołu) i finansowe (narastający deficyt finansów zespołu).

Album „Animals” zespołu Pink Floyd jest jedną z najczęściej wznawianych płyt w historii muzyki popularnej. Do chwili obecnej ukazało się około 243 jej wersji na różnych nośnikach. Wśród klasycznych płyt tej grupy z lat 70. XX w. jest to jednak najmniej popularne a przez to wznawiane jej dzieło. Ukazał się w 1977 r. w wielu krajach jednocześnie lub w zbliżonym terminie. W Wielkiej Brytanii na płycie winylowej pierwotnie wydała go wytwórnia Harvest, w Stanach Zjednoczonych wytwórnia Columbia, w Japonii wytwórnia CBS/Sony.

W tym samym 1977 r. na winylu wydano go także w następujących krajach: Kanadzie, Niemczech Zachodnich, Francji, Włoszech, Holandii, Belgii, Hiszpanii, Szwecji, Australii, Nowej Zelandii, Irlandii, Izraelu, Portugalii, Grecji, Turcji, Republice Południowej Afryki, Meksyku, Filipinach, Kolumbii, Peru, Rodezji, Argentynie, Indiach, Brazylii, Kostaryce, Chile, Wenezueli, Singapurze i Urugwaju.

Płyta ta ukazała się w prawie wszystkich cywilizowanych wówczas krajach świata poza blokiem państw komunistycznych w Europie. Z tego powodu nie wydano jej się też w Polsce okresu PRL. Dopiero w 1978 r. album ten wypuściła na winylu wytwórnia "Jugoton" w nieistniejącym już państwie - Jugosławii. Do końca istnienia bloku wschodniego było to jedyne winylowe wydanie tej płyty w kraju socjalistycznym.

W Polsce album ten ukazał się tylko na kasecie magnetofonowej (compact cassette) w 1994 r. sygnowany przez wytwórnię EMI. Było to jedyne oficjalne a zarazem legalne wydanie tej płyty w naszym kraju. Pozostałe kilka polskich jej wydań z lat 90. XX w. na kasetach magnetofonowych miało charakter piracki.

Po raz pierwszy usłyszałem o tej płycie i zespole Pink Floyd gdy miałem 14 lat i nie miałem zielonego pojęcia o muzyce rockowej. W pewien jesienny dzień 1978 r., a dokładnie pod wieczór, opowiedział mi niej mój nieco młodszy kuzyn Franciszek K. Działo się to przy wylocie polnej drogi prowadzącej do jego rodzinnego domu w Bziu Górnym (dzielnica Jastrzębia-Zdroju). Oczywiście nic nie wiedziałem o jakichś Pink Floyd, a tym bardziej ich nie słyszałem. Tę nazwę zresztą równie szybko co usłyszałem, to zapomniałem. Z kolei jemu opowiedział o tej płycie jego starszy brat Ryszard K. uczęszczający do technikum budowlanego w Bielsku-Białej.

Nie wiedzieć czemu, tę jego opowieść pamiętam do dzisiaj, a więc to, że jakiś dziwny angielski zespół ze „zgniłego” (w rozumieniu dekadenckiego) Zachodu, nagrał płytę poświęconą w całości zwierzętom. Na tej płycie, czy płytach, bo kuzyn nie był pewien, czy to nie przypadkiem kilka płyt, były utwory poświęcone m.in. świniom i owcom. Gdy tego wszystkiego słuchałem, to pomyślałem sobie, jak to dobrze, że żyjemy tu w Polsce, krainie normalności, w której takie dziwactwa nie mogą mieć miejsca. Oczywiście nie uświadamiałem sobie patologii systemu komunistycznego w jakim żyłem. Ale – jak każdy – podskórnie czułem, że coś jest nie tak i ciągle dręczyło mnie pytanie: czemu ludzie na tym rzekomo złym Zachodzie żyją lepiej od nas?

Oczywiście wspominanej płyty Pink Floyd w tym czasie nie znałem ani jej nie słyszałem. Gdyby zresztą ktoś mi ją udostępnił to najpewniej nie chciałbym jej poznać, bo nie interesowałem się muzyką. W tym czasie muzyka jaką znałem ograniczała się do twórców w rodzaju Tercetu Egzotycznego itp. szmiry. Nawet gdybym jakimś cudem zapragnął posłuchać tej płyty, to było to niemożliwe, gdyż nikt mi znany jej nie miał.

Muzyką zainteresowałem się dopiero z początkiem 1980 r. i od razu zostałem wręcz zmuszony do zapoznania się z twórczością grupy Pink Floyd, gdyż akurat co wydany ich nowy album pod dziwacznym tytułem „The Wall” bił rekordy sprzedaży, popularności i był na ustach wszystkich poważnych krytyków. Oczywiście znałem już ten album z licznych prezentacji radiowych. Ale znacznie bardziej pociągały mnie nagrania innych zespołów, a w szczególności zależało mi na nabyciu albumu koncertowego „Live Killers” grupy Queen. Ten podwójny album miałem już nagrany z jednej z audycji muzycznych Polskiego Radia, ale chciałem mieć oryginalną winylową wersję tej płyty. I gdyby nie zbieg różnych okoliczności, to właśnie byłaby moja pierwsza zachodnia płyta winylowa.

Gdy okazało się, że album zespołu Queen, a także wiele innych płyt zachodnich, ma w posiadaniu jeden z naszych kolegów ze szkoły zawodowej w Żorach do jakiej wszyscy chodziliśmy, to odtąd nie ustawałem w wysiłkach, aby nabyć od niego tę płytę. Kolegą który miał tę płytę był Eugeniusz K., który przyszedł do naszej szkoły jako wyrzutek z technikum w Rybniku. Jego trudności w tamtejszej szkole najpewniej wynikały z rozwodu rodziców, ale ja nie byłem wówczas tego w pełni świadomy.

W każdym razie latem 1980 r. jego całkiem jeszcze fajna ok. 38 letnia matka oraz niewiele starszy od niego ojczym zabrali go na wakacje do ówczesnej Jugosławii. Nawiasem mówiąc gdy tę jego Mamę zobaczyłem niedługo później, wydała mi się bardzo stara, bo tak widzą nieco starszych od siebie nastolatki.

Wyjazd do Jugosławii był w PRL wielkim luksusem na który niewielu Polaków mogło sobie pozwolić. Ale była to też szansa na wzbogacenie się, bo zapobiegliwi rodacy wywozili do tego kraju różne deficytowe tam towary np. elektronarzędzia, a przywozili do Polski takie jakich u nas nie było, w tym zachodnie płyty winylowe. Tak naprawdę były to jugosłowiańskie płyty winylowe wydawane tam przez lokalne firmy na licencji zachodnich koncernów, ale w Polsce tamtego czasu mało ludzi umiało je rozróżnić. A na pewno nie byłem w stanie tego zrobić ja - chłopak z głębokiej prowincji.

Pamiętam, że Gienek, bo taką ksywkę mu nadałem wraz z kilkoma innymi kolegami, przywiózł z tej wyprawy wiele fajnych płyt zachodnich wykonawców, głównie albumy Pink Floyd „The Wall”, „The Dark Side Of The Moon” i „Animals”, ale także kilka innych, w tym Queen - „Queen Live Killers”. Pewnego dnia przyniósł je wszystkie w reklamówce do szkoły aby się nimi pochwalić (co to był za szpan). Gdy je oglądaliśmy, to dosłownie zaniemówiliśmy z wrażenia.

W związku z tym, że od początku 1980 r. zacząłem słuchać bardziej rockowego repertuaru, szczególnie zainteresowałem się podwójną koncertówką grupy Queen „Live Killers”. Od razu postanowiłem ją odkupić od Gienka, ale on żądał za ten album szczególnie dużo pieniędzy – jak na moje możliwości finansowe. W tym czasie przeciętna nowa płyta zachodnia kosztowała w PRL pełną ówczesną miesięczną pensję średnio zarabiającego statystycznego Polaka. Tyle właśnie żądał Gienek za ten album. Ale ja nie miałem tyle pieniędzy, więc z nim negocjowałem, aby mi sprzedał ją taniej. Oczywiście mówimy tutaj o statystycznym średnim zarobku obliczanym przez GUS, czyli kwocie jaką i obecnie mało kto zarabia. Porównując wartość tych pieniędzy wówczas i obecnie, to można powiedzieć, że byłoby to tak, jakby za tę płytę zażądać obecnie ok. 3 tys. zł. I wówczas i obecnie była to stosunkowo duża suma pieniędzy.

W końcu, po pewnym czasie Gienek nieco „zmiękł” i powiedział, że sprzeda mi taniej tę płytę. Oczywiście i tak żądał za nią około 2 tys. ówczesnych złotych, ale byłem zdecydowany już za nią tyle zapłacić, zwłaszcza, że coraz bardziej postępująca inflacja dawała się wszystkim we znaki. Umówiliśmy się tak, że przyjadę do niego do domu do Rybnika po tę płytę w ustalonym terminie. Jak uzgodniliśmy tak zrobiłem. Pewnego jesiennego dnia 1980 r. poszedłem na stację kolejową w rodzinnym Bziu Górnym i wsiadłem do pociągu w celu dotarcia do Rybnika, gdzie mieszkał Gienek. W tamtym czasie kolej osoba na tej trasie jeszcze działa, ale podróż wymagała dwóch przesiadek, więc była to dla mnie dość stresująca, bo nigdy nie lubiłem dalszych wyjazdów.

Gdy w końcu dotarłem do niego w Rybniku, to okazało się, że jego rodzice akurat remontowali mieszkanie w bloku w którym mieszkał. Pamiętam, że wszędzie na podłodze leżały jakieś fragmenty tapet i druciki, co mnie bardzo dziwiło, gdyż moi rodzice nigdy nie tapetowali pokoi w naszym domu. Gienek już od drzwi był jakiś dziwny i wkrótce okazało się czemu. Gdy poprosiłem go o płytę po jaką przyjechałem, czyli koncertowy album grupy Queen, to Gienek oznajmił mi, że już go nie ma bo go niedawno sprzedał go za cenę jaka mu najbardziej odpowiadała.

Gdy usłyszałem tę wiadomość, to dosłownie nogi się pode mną ugięły. Wówczas Gienek wyszedł do drugiego pokoju i po chwili wrócił trzymając pod pachą jakąś płytę. Miała ona nietypową okładkę przedstawiającą wielki budynek z czterema kominami pomiędzy którymi zawieszona była świnia. W środku tego rozkładanego albumu były dziwne czarno-białe zdjęcia pokazujące różne zdewastowane pomieszczenia, a na jednej ze ścian był wydrapany napis „Animals”. Równie nietypowo prezentował się spis treści tej płyty. Na pierwszej stronie były tylko dwa nagrania, w tym jedno bardzo krótkie, na drugiej stronie były trzy nagrania. Wszystkie z nich miały dziwne tytuły (choć to nie miało znaczenia, bo i tak nie umiałem ich wówczas w pełni przeczytać).

Aby mnie zachęcić do zakupu tej płyty Gienek przyniósł swój nie najlepszy gramofon (z tego co pamiętam był to gramofon „Artur”) położył płytę na jego talerzu i puścił. Muzyka grała i była jak dla mnie nieco odpychająca. Z powodu stresu nie mogłem się na niej skupić a zarazem zdecydować się na zakup tej płyty. Aby mnie zachęcić Gienek obniżył mi trochę jej cenę. Ja czułem się bardzo rozczarowany i oszukany, ale nie chciałem wracać do domu z pustymi rękami. W końcu po namyśle kupiłem ją od niego za 1700 ówczesnych złotych. W tym czasie było to bardzo dużo pieniędzy. Ja w drugiej klasie szkoły zawodowej już pracowałem i dostawałem jako młodociany pensję w wysokości 480 zł miesięcznie (a przecież musiałem z tego kupić sobie bilety na przejazdy i mieć jakieś kieszonkowe na drobne wydatki). Po dobiciu targu pożegnałem się Gienkiem i pojechałem do domu. Tak jak poprzednio odbyłem długą podróż składem kolejowym ciągnionym przez stary parowóz, oczywiście z dwoma przesiadkami.

Gdy jechałem do domu to trzymałem zakupiony album Pink Floyd kurczowo pod pachą, jak cenną zdobycz, ale jednocześnie zastanawiałem się czy dobrze zrobiłem, że go kupiłem. Wynikało to z tego, że w chwili zakupu ten album kompletnie mi się nie podobał. Gdy wreszcie pod wieczór dotarłem do domu, to od razu udałem się do pokoju rodziców na dole domu, gdzie znajdował się nasz rodzinny sprzęt hi-fi, aby ją dokładnie przesłuchać. Dopiero podczas tego przesłuchania zauważyłem, że jako autor prawie wszystkich utworów podpisany jest wyłącznie jest Roger Waters. Jedynym wyjątkiem była kompozycja „Dogs” sygnowana przez Watersa i Gilmoura. Wydało mi się to nienaturalne, bo wcześniej przypuszczałem, że skoro jakiś zespół wydaje płytę, to utwory na niej powinien sygnować nazwiskami wszystkich swoich członków.

Gdy wówczas słuchałem tej płyty to zastanawiałem się nad tym, o co w niej chodzi, bo te szczekanie psów, chrumkanie świń i beczenie owiec wydawały mi się co najmniej dziwne. Muzyka była dość surowa, inna niż to co dotąd prezentował Pink Floyd, a także bardziej skomplikowana niż grany do znudzenia wszędzie album „The Wall”. I choć w głębi duszy płyta ta wówczas mi się nie podobała, to musiałem robić dobrą minę do złej gry i udawać przed Rodzicami, że właśnie kupiłem sobie coś wspaniałego. Oczywiście okłamałem ich, że zapłaciłem za nią tylko 1200 zł, co ich i tak bardzo zszokowało, bo była to bardzo duża suma pieniędzy. Rodzice powiedzieli wówczas, że jak chcę sobie posłuchać wycia psów, czy chrumkania świń, to mam wyjść na nasze podwórko czy do naszego chlewa i będę miał te same odgłosy. Byłem załamany.

W związku z tym, że przez długi czas miałem tylko tę jedną zachodnią płytę, to często jej słuchałem, ale wcześniej przegrałem ją na taśmę magnetofonową, aby oszczędzać oryginalnego winyla. Im dłużej jej słuchałem, tym bardziej mi się ona zaczęła podobać. Mało tego, po pewnym czasie polubili ją także moi Rodzice, bo puszczałem ją dość głośno na okrągło. Często też podczas prac przy obejściu naszym domu wystawiałem jedną z kolumn głośnikowych do okna i czy ktoś chciał, czy nie, to musiał słuchać odtwarzanej przez mnie muzyki Pink Floyd. Oczywiście puszczałem też inne nagrania. W takich okolicznościach album ten stał się jedną z moich najbardziej ulubionych płyt w ogóle.

Niestety dalsze losy tej płyty były równie dramatyczne jak historia związana z jej nabyciem. Pewnego razu w 1982 r. mój Ojciec pochwalił się swojej pracy (na kopalni „Manifest Lipcowy”, potem „Zofiówka” w Jastrzębiu-Zdroju), że ma w domu płytę zespołu Pink Floyd. Przełożony Ojca inż. R (doskonale pamiętam jego nazwisko) poprosił go, aby pożyczył mu tę moją płytę "Animals". Mój Ojciec był człowiekiem życzliwym więc wziął ją bez pytania mnie o zgodę i dał do przesłuchania wspomnianemu Panu. Ten z kolei w zamian za to udostępnił nam trzy płyty węgierskiego zespołu Omega. Gdy po pewnym czasie oddał nam moją płytę Pink Floyd, to okazało się, że była ona uszkodzona. Jego małe dziecko zepsuło igłę w jego gramofonie, a ona uszkodziła mi połowę pierwszej strony płyty

Odtąd ta zadrapana część płyty niemiłosiernie trzeszczała. Praktycznie nie dało się jej słuchać. Byłem tak przybity tym faktem, że choć wciąż ją miałem, to od tego czasu coraz mniej ją przesłuchiwałem, a potem przez wiele lat jej nie słuchałem. Z biegiem czasu zapomniałem nawet co ostatecznie z nią zrobiłem. Przypuszczalnie znajduje się ona w kolekcji płytowej mojego brata.

Jako nastolatek byłem bardzo zły na Ojca, że pożyczył tę płytę bez mojej zgody obcej osobie. Oczywiście sam inż. R. nie chciał odkupić tej płyty ani też nigdy nie zadość uczynił nam za jej porysowanie. W tamtym czasie musiałby bowiem wydać na nowy egzemplarz (nawet jugosłowiański) miesięczną pensję, a tego nie zamierzał zrobić. Z pewnością było to postępowanie dalekie od chrześcijańskiej, czy też zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Ta historia się tutaj nie kończy, ale ja nie będę o tym więcej pisał, bo sprawa jest dla mnie ciągle bolesna i osobista.

W latach 80. zaledwie kilka razy prezentowano ten album w audycjach muzycznych Polskiego Radia. Ja jednak nigdy go nie nagrywałem, bo planowałem ponownie go zakupić w oryginalnym fizycznym wydaniu i dobrym stanie. Jednak czasowo, jako biedny student, nie mogłem zrealizować tego planu. Nabyłem ją dopiero na początku lat 90. ale od razu w wersji kompaktowej.

W ten sposób album „Animals” grupy Pink Floyd był jednym z pierwszych jakie nabyłem w formacie CD Audio (tego rodzaju płyty zacząłem zbierać od 1991 r.). Kupiłem go w 1992 r. w jednym z nieistniejących od dawna sklepów muzycznych w Gliwicach. Było to wydanie brytyjskie wytwórni Harvest z 1986 r. Mam je do chwili obecnej. W tamtym czasie płyty CD w Polsce były ciągle wielką nowością. Z tego powodu były bardzo drogie i mało kto mógł sobie pozwolić na ich zakup. Powodem tego stanu były szczególnie niskie płace będące pochodzą przekształcania gospodarki z centralnie planowanej w neoliberalną.

W 2016 r. kupiłem najnowsze wznowienie tego albumu na CD wydane przez wytwórnię Pink Floyd Records. Nie było one już aż tak drogie, ale też przestało być aż tak atrakcyjne, bo ludzie przestali kupować płyty na nośnikach fizycznych. Ja jednak bardzo ucieszyłem się z tego wznowienia, bo starannie odtworzono w nim oryginalną okładkę i brzmienie z pierwotnego winylowego wydania.

W załączniku skany okładki albumu „Animals” grupy Pink Floyd w wersji CD z wydania z 2016 roku.

niedziela, 13 stycznia 2019

Polska prasa muzyczna okresu PRL (tylko tytuły poświęcone muzyce popularnej jakie czytałem)

Wstęp

Wcześniej czy później każdy kolekcjoner nagrań ma potrzebę poszerzenia wiedzy o przedmiocie swych zainteresowań w fachowej literaturze lub prasie. Obecnie dostęp do prasy i literatury z zakresu muzyki popularnej jest duży, ale w okresie PRL był bardzo ograniczony dla przeciętnego polskiego melomana. W tym miejscu chciałbym przypomnieć polską prasę muzyczną poświęconą muzyce popularnej w okresie Polski Ludowej.

W okresie PRL (1944–1989) na rynku krajowym wydano ok. 50 czasopism muzycznych o różnym charakterze, głównie poświęconych muzyce klasycznej i ludowej. Podobnie do innych segmentów prasy także czasopisma muzyczne były w okresie Polski Ludowej ważnym instrumentem kształtowania postaw ludności i sprawowania władzy przez partię komunistyczną.

Dotyczyło to także tych niewielu czasopism prezentujących muzykę popularną jakie się wówczas w Polsce ukazywały. Stąd nie przypadkowo nieustannie występowały w nich różne komunikaty o polityce kulturalnej państwa, aktywistach z młodzieżówek socjalistycznych parających się w wolnych chwilach muzyką itp. Dzisiaj te treści mogą szokować przypadkowego Czytelnika, ale wówczas były tak wszechobecne, że nie zwracano na nie w ogóle uwagi. Oczywiście władza zawsze dbała, aby na czele redakcji tych gazet stali jej zaufani zausznicy, i pozyskiwała różnymi synekurami co ważniejszych dziennikarzy.

Ja oczywiście historii polskiej prasy muzycznej w PRL tutaj nie napiszę, bo nie taki jest mój cel, ani też nie jestem tego w stanie zrobić, ale przypominam o tym w tych kilku słowach, aby uświadomić tym wszystkim, którzy już zapomnieli tamte czasy, a także młodym, którzy ich nigdy nie doświadczyli, że bycie dziennikarzem muzycznym i melomanem w czasach PRL nie było łatwe.

Najważniejszym dla mnie źródłem informacji o muzyce popularnej w okresie PRL były polskie czasopisma muzyczne, gdyż do zachodnich nie miałem żadnego dostępu. Może miałbym taki dostęp gdybym mieszkał w którymś z wielkich miast, ale dzieciństwo i młodość spędziłem jak najdalej od cywilizacji w jednej z nadgranicznych miejscowości w pobliżu już nieistniejącego państwa – Czechosłowacji.

Przy tej okazji po raz kolejny przypominam, że w Polsce okresu PRL wszystkiego było mało a dostęp do wiedzy w jakiejkolwiek dziedzinie, w tym także o kulturze, był ściśle reglamentowany. Jedynie nieliczni mieli dostęp do niezależnej zachodniej informacji, także w dziedzinie muzyki popularnej. Dla takich jak ja jedynym sposobem dowiedzenia się czegoś więcej o takiej muzyce było poczytanie o tym w polskiej fachowej prasie muzycznej. Nie była ona najlepsza i obiektywna, ale była jedynie mi dostępną, a i tak nie tak łatwo było do niej dotrzeć.

Poniżej krótkie notki o czasopismach jakie czytałem w młodości i moje refleksje na ich temat.


„Jazz”

Najstarszym polskim pismem muzycznym poświęconym muzyce popularnej było czasopismo „Jazz” powstałe w 1956 r. Jego założycielem i długoletnim redaktorem był Józef Balcerak. W sumie wydano 304 numery tego pisma w klasycznym formacie (przed zmianą profilu i nazwy). Głównym celem jego twórców była popularyzacja muzyki jazzowej w Polsce. Od początku pismo ukazywało się jako miesięcznik, choć początkowo dość nieregularnie. Pierwsze numery pisma wydano na papierze i w formacie gazetowym. Klasyczną formę oprawnego w tekturę zeszytu pismo zyskało dopiero w 1960 r. i w takiej postaci dotrwało do końca swych dni. Wbrew nazwie, czyli napisowi informującemu, że mamy do czynienia z miesięcznikiem, przeważnie ukazywało się 11 numerów w roku, gdyż numer wakacyjny najczęściej był podwójny.

Pismo było bardzo małe pod względem objętościowym, bo liczyło jedynie 20 stron (tylko numery podwójne miały ich więcej), wydawano je na dość słabym papierze i było stosunkowo ubogie w oryginalny materiał ilustracyjny. Pod względem graficznym jego najciekawszym elementem była zawsze kolorowa okłada. Często przygotowywali ją znani polscy graficy.

Zgodnie z nazwą i ideą przewodnią pismo to zajmowało się głównie popularyzacją muzyki jazzowej w Polsce. Na jego łamach omawiano najważniejsze wydarzenia jazzowe w Polsce i na świecie, publikowano wywiady z muzykami, także zachodnimi, przedstawiano poszczególnych wykonawców i recenzowano wybrane płyty. I gdyby tylko taka treść znajdowała się tym miesięczniku, to z pewnością nigdy nie stałbym się wówczas jego czytelnikiem, gdyż w tamtym czasie prawie w ogóle nie interesowałem się muzyką jazzową.

Tym co przyciągnęło mnie do tego magazynu był fakt, że kilka jego stron zawsze poświęcano na prezentację muzyki zwanej rockową. W tamtym czasie w kraju a po części także na świecie, wciąż nie była ona zbyt ceniona i uważano ją za przelotną modę młodzieży. Ten praktycznie niezależny fragment tego pisma, czyli pismo w piśmie miało nawet osobną nazwę: „Rytm i Piosenka”. Była to stała kilkustronicowa rubryka dodana do pisma w połowie lat 60. poświęcona w całości prezentacji muzyki pop i rock. Z tego względu do jego tytułu dodano nazwę tej rubryki przez co pismo odtąd nazywało się „Jazz. Rytm i Piosenka”. Była ta wielka grzeczność ze strony redakcji pisma, zwłaszcza zważywszy iż traciło ono przez to 1/3 swych łam na treści inne niż jazzowe. Wielkie sukcesy muzyki rockowej w latach 70. tylko pogłębiły zainteresowanie czytelników tego rodzaju muzyką, stąd pismo doskonale się sprzedawało.

Koniec lat 70. przyniósł próby unowocześnienia treści pisma, co odzwierciedlały zmiany w tytule pisma. W latach 1978-1979 jego nazwa została zmieniona na: „Jazz. Magazyn Muzyki Jazzowej i Rozrywkowej”, a w 1980 r. na „Jazz. Magazyn Muzyczny” (pod takim tytułem przetrwało do swego rozwiązania w 1982 r.). W drugiej połowie lat 70. w piśmie tym debiutowało wielu bardzo znanych później dziennikarzy muzycznych, m.in. Roman Rogowiecki, Marek Wiernik, Wiesław Królikowski, Wiesław Weiss i Jerzy A. Rzewuski.

Z powodu narastającego kryzysu gospodarczego w Polsce, w celach oszczędnościowych, od lipca 1981 pismo ukazywało się jako kwartalnik. Jego ostatni numer (304) ukazał się jesienią 1982 r. Pismo kosztowało wówczas 40 zł, gdy jeszcze w grudniu 1980 tylko 10 zł, a kilka lat wcześniej jedynie 6 zł.

Tam gdzie mieszkałem praktycznie nie można było tego pisma kupić, co zresztą nie miało większego znaczenia, bo do końca lat 70. nie interesowałem się muzyką. Sytuacja zmieniła się w 1980 r. kiedy nagle stałem się początkującym melomanem i szczególnie zainteresowałem się muzyką rockową. Nagle stałem się głodny nie tylko muzyki ale także wiedzy o artystach których słuchałem i wtedy też okazało się, że takich danych jakich szukam, nigdzie nie mogę zdobyć. Wówczas mój kuzyn udostępnił mi kilka oprawnych roczników tego pisma z lat 1976-1979. Nie były one jego, a jedynie pożyczone prze niego od bardziej światłego pod względem muzycznym kolegi, ze szkoły średniej do jakiej chodził.

Gdy mi je wreszcie pożyczył, byłem zachwycony i załamany jednocześnie, bo już wiedziałem, że „nigdy” nie będę miał możliwości samodzielnego skompletowania tego pisma. Okazało się, że się myliłem, bo w połowie lat 80. nabyłem je w antykwariacie w Katowicach większość jego roczników z lat 70. Numery z początku lat 80 kupowałem na bieżąco. Jednak najbardziej pamiętam te kilka oprawnych pożyczonych tomów „Jazz”, które wielokrotnie przeczytałem, a nawet przepisałem słowo w słowo niektóre z artykułów.


„Magazyn Muzyczny”

Moim ulubionym, bo praktycznie jedynym, czasopismem muzycznym w latach 80. był „Magazyn Muzyczny”. Geneza tego pisma miała charakter zarówno branżowy jak i polityczny. Branżowy, bo wychodziło ono naprzeciw zapotrzebowaniu fanów na istnienie czasopisma poświęconego wyłącznie muzyce rockowej, a polityczny dlatego, gdyż za jego pośrednictwem władze komunistyczne chciały kontrolować treści muzyczne przekazywane sfrustrowanej młodzieży czasu stanu wojennego i kryzysu gospodarczego. Decyzja o powstaniu tego pisma zapadła w 1982 r. w Krajowym Wydawnictwie Czasopism kontrolującym wówczas cały rynek prasy w Polsce.

W słowie wstępnym nowej gazety napisano, że jest to nowa wersja dawnego pisma „Jazz. Magazyn Muzyczny” (stąd ciągła numeracja z jego wcześniejszą wersją) wydawana w nowszej i atrakcyjniejszej szacie graficznej. Jednak nawet wbrew tej enuncjacji ten nowy „Jazz. Magazyn Muzyczny” praktycznie nie miał wiele wspólnego ze swym nieistniejącym imiennikiem. Odnowiony magazyn miał nową redakcję na której czele stanął partyjny urzędnik Marian Butrym; nową formę, było znacznie większe i drukowane w kolorze, a jego założeniem było udostępnianie informacji o szeroko pojmowanej muzyce rozrywkowej (nie tylko rockowej), a nie o jazzie, który stał się tutaj marginalny. Tym co faktycznie było częściowo wspólne z jego starszą wersją, oczywiście oprócz nazwy, były niektóre osoby z dawnego zespołu redakcyjnego.

Z muzycznego punktu widzenia jego powstanie było naturalną koleją rzeczy i można jedynie żałować że tego rodzaju pismo nie powstało już w latach 70. kiedy muzyka rockowa święciła triumfy w całym cywilizowanym świecie. W tamtej dekadzie nie było to jednak możliwe w Polsce z powodu niechęci czynników partyjnych epoki Gierka, rzekomo otwartej na świat, a faktycznie dogmatycznej do muzyki rockowej, a zwłaszcza zachodniej, uważanej za wywrotową. Paradoksem historii było to, że na powstanie pisma jawienie propagującego zachodniego rocka wśród polskiej młodzieży zgodziła się rządząca wówczas naszym krajem junta wojskowa na czele z Jaruzelskim i innymi generałami.

Magazyn ten ukazywał się w latach 1983-1991 i liczył 32 strony, początkowo jako dwumiesięcznik, a od 1986 r. jako miesięcznik. Wydawano go w nakładzie ok. 200 tys. egzemplarzy. Począwszy od kwietnia 1988 r. jego nazwę skrócono do „Magazyn Muzyczny”. Zgodnie z koncepcją pismo to zgrabnie przekształcono z dość nudnego i snobistycznego periodyku dla fanów jazzu w kolorowe czasopismo dla młodzieży. Jego pierwsze numery zrobiły oszołamiające wrażenie wśród czytelników, zwłaszcza, że dotąd żaden inny magazyn o muzyce popularnej nie był drukowany w kolorze.

Niestety pod kierownictwem Mariana Butryma pismo to stało się miejscem pracy dla wielu osób z muzyką mających bardzo mało wspólnego a znaczną część jego tematyki zdominowały tematy publicystyczne np. na temat stanu szkolnictwa muzycznego w Polsce itp. Główny temat, jakim powinna była być muzyka rockowa, potraktowano w nim po macoszemu, stąd artykuły o tej muzyce np. biografie wybranych gwiazd rocka, były w nim jedynie wabikiem mającym przyciągnąć do pisma potencjalnych czytelników. Był to duży błąd, bo gdy złakniona wiedzy o muzyce popularnej młodzież i bardziej dojrzali melomani zorientowali się, że są oszukiwani przestali kupować ten dość drogi jak na tamte czasy magazyn. Warto podkreślić, że o ile pierwszy jego numer z 1983 r. kosztował 50 zł, to potem ciągle pismo drożało, tak że w 1991 jego egzemplarz kosztował 7.000 zł.

Fatalne zarządzanie i brak jednolitego przesłania muzycznego spowodował, że pismo sprzedawało się coraz gorzej, co zaniepokoiło kierownictwo koncernu wydawniczego, w którym był drukowany. W efekcie w 1987 r. pismo zostało zreorganizowane i w większym stopniu nakierowane na prezentację muzyki rockowej. Stres związany z tymi zmianami doprowadził Mariana Butryma do zawału serca w 1988 r. W kwietniu 1989 r. funkcję jego redaktora objął Wojciech Kaczorowski, który lepiej czuł temat, ale także był oporny na niektóre propozycje zmian.

W końcowym okresie swego istnienia pismo przekształciło się w spółdzielnię dziennikarską, która zamierzała kontynuować jego wydawanie w zmodyfikowanej formie, lepiej dostosowanej do zmieniającej się rynkowej rzeczywistości. Niestety spółka, która miała zostać jego nowym wydawcą okazała się niewypłacalna i pismo została zamknięte.

W „Magazynie Muzycznym” publikowali swe teksty najlepsi wówczas w Polsce dziennikarze muzyczni zajmujący się muzyką rockową, m.in. wspomniani już Wiesław Weiss i Wiesław Królikowski, Roman Rogowiecki, Korneliusz Pacuda, Jerzy Rzewuski, Daniel Wyszogrodzki, Arkadiusz Pragłowski i Tomasz Beksiński.

Wywodzący się z tego pisma Wiesław Weiss wraz Wiesławem Królikowskim, w oparciu o własną wizję i grupę pozyskanych dziennikarzy stworzył wkrótce własne pismo muzyczne, faktycznie bezkompromisowo rockowe pod nazwą „Tylko Rock”. Istniało ono w latach 1991-2002, po czym z konieczności (złodziejski wydawca) przekształciło się w nowy tytuł „Teraz Rock”. To najdłużej istniejące, choć ze zmianą nazwy, rockowe pismo w Polsce i na pewno jedno z najlepszych, jeżeli nie najlepsze.

W latach 80. byłem już w pełni świadomym melomanem i fanem rocka, stąd miałem prenumeratę „Magazynu Muzycznego”, aby zawsze być na bieżąco. Tam gdzie mieszkałem nie było jej łatwo załatwić. W 1986 r. w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności wykreślono mnie z listy prenumeratorów, co pozbawiło mnie kilku numerów tego pisma z tego właśnie roku. Wiele lat później je oczywiście odkupiłem jako egzemplarze używane, ale w tymże 1986 r. byłem niepocieszony.

Najbardziej ceniłem w tym magazynie przekrojowe artykuły omawiające biografie i osiągnięcia artystyczne najważniejszych przedstawicieli zachodniej rocka. Polska muzyka nigdy mnie specjalnie nie interesowała, więc kompletnie nie interesowały mnie artykuły na jej temat – poza nielicznymi wyjątkami. Autorami tych tekstów byli najczęściej wymieni wcześniej dziennikarze. Dzięki lekturze tego pisma przez lata mogłem na bieżąco podziwiać ewolucję ich kunsztu zawodowego, a także zmiany w poglądach na różne kwestie muzyczne.

„Non Stop”

Najbardziej dziwacznym polskim pismem muzycznym był „Non Stop” istniejący w latach 1972-1990. Jego twórcą i długoletnim redaktorem naczelnym był Andrzej Tylczyński (później funkcję tę pełnili: od 1983 r. Wojciech Mann, Zbigniew Hołdys w 1988 r. i w końcu Sławomir Gołaszewski).

W sumie ukazało się 214 numerów tego pisma. W latach 80. nakład tego pisma liczył ok. 170 tys. przy sprzedaży sięgającej ok. 140 tys. Numery tego magazynu z lat 80. były już jednak drukowane w kolorze i miały po ok. 32 strony. Wydawano go jako dodatek do „Tygodnika Demokratycznego” będącego organem Stronnictwa Demokratycznego – jednej z dwóch partii przybudówek PZPR w okresie PRL.

Przez pierwsze kilkanaście lat swego istnienia wydawano go na bardzo marnym papierze, przez co bardziej przypominało ono gazetę niż specjalistycznym periodyk muzyczny. W latach 70. i na początku lat 80. jego treść dotyczyła głównie tradycyjnej piosenki i koncentrowała się wyłącznie na rachitycznym polskim rynku muzycznym co ubarwiano doniesieniami o sukcesach muzyki popularnej z innych państw socjalistycznych.

Dopiero w 1983 r. wraz przejęciem redakcji przez Wojciech Manna pismo stało się bardziej światowe i poprawiło nieco swoje walory techniczne i wizualne. Lata 80. były także okresem w którym w piśmie licznymi tekstami raczyli czytelników znani dziennikarze muzyczni, m.in. Filip Łobodziński, Jan Skaradziński i Wojciech Soporek.

Ukształtowany wówczas styl tego pisma, przy dalszych modyfikacjach, mógł nieść nadzieję na stworzenie z niego w przyszłości dobrego periodyku muzycznego (w tym czasie ukazywał się jako miesięcznik), ale tak się jednak nie stało. Głównie z powodu zbyt licznych zmian redakcji, braku wizji jak to pismo ma wyglądać i różnych innych trudności, w tym finansowych.

Pod koniec lat 80. pismo było już kolorowe i miało niekiedy ciekawe treści ale jednocześnie było wyjątkowo niechlujnie redagowane i bałaganiarskie. Do jego kupna i czytania zniechęcały mnie zbyt nonszalanckie teksty, nieprzemyślane artykuły, a nawet brak jednolitego logo z tytułem pisma. Brak jednolitej strony tytułowej był zresztą ewenementem na skalę światową. To wszystko doprowadziło w końcu do upadku tego tytułu, który nie wiedzieć czemu, teraz ceniony jest prze niektórych bardziej niż w okresie gdy się ukazywał.

Z powodów o jakich napisałem powyżej, w epoce nie byłem zbytnim miłośnikiem tego pisma i kupowałem je tylko okazjonalnie. Od końca lat 80. nie tyle je zresztą kupowałem, co dostawałem ze zwrotów prasy w kioskach od znajomego, który parał się jej rozwożeniem. Po latach nadal niezbyt dobrze oceniam to pismo, choć trzeba przyznać, że miało ono kilka dobrych kultowych okładek.

„Jazz Forum”

„Jazz Forum” jest najdłużej ciągle ukazującym się polskim pismem poświęconym muzyce popularnej, a dokładniej jazzowej. Jego pierwszy numer wydano w 1965 r. Założycielem pisma i jego pierwszy redaktorem był Jan Byrczek. To typowe czasopismo fachowe stworzone z myślą o potrzebach branży jazzowej w Polsce, stąd dla mniej wyrobionego czytelnika może być zbyt trudne w odbiorze. Z powodu różnych problemów, w tym szykan władz, w latach 60. rozwijało się bardzo anemicznie, gdyż w sumie do końca 1969 r. ukazało się zaledwie jego 10 numerów.

Po kilkuletniej przerwie wznowiono jego wydawanie z początkiem 1973 r. ale teraz w nowym formacie (miało kształt kwadratu) i szacie graficznej, która przetrwała do początku 1990 r. Z tego powodu uważam, że dopiero wówczas zakończył się w pełni jego PRL-owski okres.

W latach 70. i 80. pismo to ukazywało się regularnie jako dwumiesięcznik, czyli po sześć numerów rocznie. Ale od tej reguły były wyjątki, w 1976 i 1981 r. ukazało się tylko po pięć jego numerów. To dziwny zbieg okoliczności – tak jakby władza chciał ukarać pismo za wystąpienia polityczne społeczeństwa przeciwko sobie we wspomnianych latach. A przecież pismo to nie miało nic wspólnego z polityką. Przez pewien czas w latach 70. pismo to miało także swoją wersję angielską i niemiecką.

Zgodnie z założeniami w piśmie tym promowano wyłącznie muzykę jazzową i miłośnicy rocka jedynie przy okazji łączenia rocka z jazzem mogli w nim znaleźć jakieś interesujące materiały.

Pismo to przetrwało próbę czasu i po stworzeniu nowego layoutu pisma (kształt, format, treść i forma) od numeru 2 z 1990 r. ukazuje się regularnie do chwili obecnej.

Wszystkie numery magazynu z okresu PRL a także częściowo z okresu wolnej Polski (do 2000 roku włącznie) zostały zarchiwizowane i za darmo udostępnione na stronie http://www.polishjazzarch.com/wersja-polska.html

Jak już wspomniałem w czasach mojej odległej młodości nie byłem miłośnikiem jazzu w ogóle, a obecnie także nie jestem jego fanem aż w takim stopniu, aby uważać ten gatunek za jedynie godną muzykę do słuchania. Z tego powodu pierwotnie pismo to kupowałem dość rzadko, ale to nie znaczy że w ogóle. Najczęściej kupowałem numery w których pisano o jazz-rocku, a więc gatunku który bardzo lubię. Dopiero w latach 90. nieco bardziej zainteresowałem się jazzem, stąd kupowałem je częściej. Także obecnie kupuję je niekiedy w celu poszerzenia swoich horyzontów muzycznych.

niedziela, 2 grudnia 2018

Ulubione gatunki muzyki na świecie w IV-V 2018 r. wg raportu IFPI


Na pierwszy rzut oka nawet laik wie, że najpopularniejsza jest zawsze muzyka najłatwiejsza w odbiorze. Jednak bardzo trudno przeprowadzić w pełni wiarygodne badania jasno wykazujące jakich gatunków muzyki ludzie lubią słuchać najchętniej. Przeważnie jest tak, że część respondentów tego rodzaju ankiet wstydzi się przyznać do swoich preferencji muzycznych, bo wie lub intuicyjnie czuje, że nie są one najlepsze. Oczywiście w ostatnim czasie to się nieco zmieniło z powodu ideologii populizmu jaka obecnie zdominowała świat. Dzięki niej teraz już można być dumnym ze złego gustu.

Pomimo tych trudności co pewien czas różne instytucje przeprowadzają badania gustów muzycznych, gdyż mają one dla nich znaczenie rynkowe. Najnowsze informacje na ten temat przynosi raport Międzynarodowej Federacji Przemysłu Muzycznego (ang. International Federation of the Phonographic Industry, w skrócie IFPI) z 2018 r.

Czemu akurat on jest wiarygodne? Bo to międzynarodowa organizacja branżowa, której celem jest rzeczywiste badanie preferencji muzycznych konsumentów, w celu przyszłego dostosowania produktu do jego oczekiwań, a tym samym zapewnienia reprezentowanemu przez nią przemysłowi spodziewanych zysków.

Badania przeprowadzono na grupie internetowej uczestników wieku od 16 do 64 lat w 18 krajach: Argentyna, Australia, Brazylia, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Meksyk, Holandia, Polska, Rosja, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Ponadto badaniami objęto też Chiny i Indie, ale ich wyników nie uwzględniono w globalnym podsumowaniu. W każdym razie z wspomnianych 20 krajów pochodzi 91,3% światowych przychodów z rynku nagrań muzycznych w 2017 r.

Wyniki badania preferowanych gatunków muzycznych we wspomnianych 18 krajach przedstawiają się następująco:

1.      Pop - 64%
2.      Rock - 57%
3.      Dance/ Electronic/ House - 32%
4.      Soundtracks - 30%
5.      Hip-Hop/ Rap/ Trap - 26%
6.      Singer/ Songwriter - 24%
7.      Classical/ Opera - 24%
8.      Rhythm & Blues - 23%
9.      Soul/ Blues - 22%
10.   Metal - 19%

W moim odczuciu dość dziwny w tym zestawieniu jest brak muzyki jazzowej. Moim zdaniem ma ona słuchalność na poziomie klasyfikowanego tutaj soulu i bluesa. W sumie nie wiem czemu nie została uwzględniona.

Jak z tego wynika trzema najpopularniejszymi gatunkami muzyki na świecie są: pop, rock i różne odmiany elektronicznej muzyki tanecznej. Oczywiście wśród tych trzech grup dominuje łatwa w odbiorze muzyka pop występująca w wielu lokalnych odmianach dominujących na danym rynku. Przykładowo w Japonii będzie to J-Pop (66%), w Korei Południowej będzie to K-Pop (62%), we Francji piosenki typu Variété Française (69%) a w Polsce disco-polo (28%).

Przy tej okazji warto wspomnieć, że na przełomie czerwca i lipca 2018 r. badanie preferencji muzycznych Polaków przeprowadził także CBOS. Ulubione gatunki muzyki Polaków według tego badania to: pop (29%), disco polo (20%) i rock (17%). To niby podobne wyniki jak na świecie, ale…

Aż 63 % badanych przyznało, że najbardziej lubi słuchać muzyki disco polo. Ten gatunek muzyki cieszy się ok. 80 procentowym poparciem na polskiej wsi, a także wśród ludzi niżej wykształconych. Przy okazji wykryto charakterystyczną zależność pomiędzy uwielbieniem dla muzyki disco polo, a dumą z bycia Polakiem – jak przypuszczam „prawdziwym”. To mi przypomina pogląd klasy robotniczej z przeszłości na niezrozumiałe do niej przejawy sztuki i agresję jaką wzbudzały one w tej grupie społecznej. W każdym razie duża popularność disco polo w naszym kraju raczej nie jest powodem do dumy, bo nie najlepiej świadczy o gustach muzycznych przeciętnego Polaka

Jednolitego charakteru nie mają także inne niż pop wymienione powyżej gatunki muzyczne, bo pod pojęciem rock można rozumieć wiele bardzo różnej muzyki. Z pewnością najwięcej słuchaczy mają najbardziej klasyczne rytmiczne i melodyjne odmiany rocka, a bardzo małą awangardowe odmiany tego gatunku. Podobne spostrzeżenie dotyczy także innych gatunków muzyki np. awangardowi twórcy muzyki klasycznej mają stosunkowo małą słuchalność, np. Karl-Heinz Stockhausen, gdy wielcy klasycy np. Mozart mają znacznie większą. Nawiasem mówiąc ludzie często lubią chwalić się miłością do muzyki klasycznej, choć faktycznie jej nie słuchają. A jeżeli już to robią to przeważnie słuchają dawnych mistrzów tej muzyki. Dlaczego więc kłamią w tej sprawie? Bo w ten sposób dodają sobie wartości i pewności siebie. Wszystko co dla nich nowe i trudne odrzucają uważając to za dziwactwo.

Jest charakterystyczne, że muzyka wokalna ciesz się zawsze dużo większą popularnością niż muzyka czysto instrumentalna. Z tego powodu wyłącznie instrumentalny rock jest mniej popularny od wokalno-instrumentalnego, a opera jest bardziej popularna  niż typowe czysto instrumentalne symfonie. Oczywiście z tego powodu jazz nie jest masową muzyką, bo w większości jest instrumentalny. Czynnik ludzki w głosie, nawet jak nie znamy języka, ułatwia słuchanie muzyki, gdy czysto muzyczne formy wymagają od słuchacza uruchomienia swoich pokładów wyobraźni – a jak wiadomo, ludzie nie mają jej zbyt wiele, często nawet wówczas jak są formalnie dobrze wykształceni
Raport IFPI do pobrania pod tym adresem:
https://ifpi.org/downloads/Music-Consumer-Insight-Report-2018.pdf

poniedziałek, 26 listopada 2018

Handel i muzyka z innego świata czyli moja pierwsza wizyta na bazarze w Katowicach

 Powyżej kolaż stworzony z okładek kaset
jakie w 1980 r. kupiłem na bazarze w Katowicach

W życiu najczęściej pamięta się to, co robiło się po raz pierwszy, pierwszą miłość, pierwsze rozczarowania itp. Podobnie jest także ze wspomnieniami muzycznymi. Najbardziej w pamięci wryły się najczęściej te, których doświadczyliśmy po raz pierwszy. Takim pierwszym i bardzo znaczącym doświadczeniem dla mnie była pierwsza w życiu wizyta na bazarze w Katowicach nazywanym powszechnie wówczas potocznie „czarnym rynkiem”. Oczywiście miało to miejsce w mrocznych czasach PRL, na które przypadła moja młodość.

Do wizyty tej doszło we wrześniu 1980 r. Kupiłem wówczas na tym bazarze trzy tzw. oryginalne kasety z następującymi płytami: Kiss - „Dynasty” (1979), Deep Purple – „In Rock” (1970) i Black Sabbath – „Heaven And Hell” (1980). Dlaczego „oryginalne” napisałem w cudzysłowie wyjaśnię nieco dalej. Do czasu tej pierwszej wyprawy na bazar w Katowicach w 1980 r. nie miałem pojęcia czym jest bazar, choć oczywiście wiedziałem czym jest typowy targ. Bywałem przecież na takich lokalnych targach wielokrotnie jako dziecko wraz z rodzicami i dziadkami.

Po raz pierwszy o „czarnym rynku” usłyszałem wczesnym latem 1980 r. od starszego kuzyna Bogdana K. z którym w tamtym czasie często jeździłem ze szkoły pociągiem. Podczas podróży dużo rozmawialiśmy o różnych sprawach interesujących młodych, w tym o muzyce. Wtedy okazało się, że Bogdan także lubi słuchać muzyki, stąd w celu zdobycia nowych atrakcyjnych nagrań pojechał kiedyś na „czarny rynek” w Katowicach, gdzie kupił odpowiadające mu kasety.

Pewnego razu idąc z pociągu do domu, a szliśmy w tym samym kierunku, zaprosił mnie do siebie do domu i pokazał mi swój magnetofon stereofoniczny oraz wspomniane kasety. Dokładnie rzecz biorąc były to kasety z albumami „No Mean City” grupy Nazareth i „Dynasty” zespołu Kiss. Miał także kilka innych kaset, w tym inną płytę Nazareth, ale teraz już nie jestem w stanie przypomnieć sobie co to byli za wykonawcy. Generalnie były to ówczesne nowości tzn. nagrania z ostatnich 3-4 lat. Kasety te miały ładne kolorowe okładki i dużo lepiej grały niż nagrania jakich samemu się dokonywało z Polskiego Radia. Z tych powodów także zapragnąłem kupić sobie takie kasety. Niestety do Katowic bałem się sam pojechać. Wówczas było to dla mnie wielkie, groźne i nieprzystępne miasto.

Okazja taka nadarzyła się dopiero we wrześniu 1980 r., a więc po wakacyjnych praktykach, gdy wróciłem do szkoły zawodowej w Żorach. Wówczas okazało się że do naszej klasy doszedł jeden nowy chłopak, Eugeniusz K. zwany przez nas Gienkiem. Był on tzw. spadochroniarzem z technikum w Rybniku. Innymi słowy został on wyrzucony z tamtejszego technikum za słabe wyniki w nauce i przeszedł do naszej zawodowej szkoły. Był starszy od nas wszystkich o rok, ale dobrze się z nim dogadywałem, bo nadawał na podobnych falach co ja – lekko ironicznych. Ponadto zbliżyły nas upodobania muzyczne, bo on także – podobnie do mnie - bardzo interesował się muzyką. Jednak w przeciwieństwie do mnie, młodego i początkującego fana, on był już starym muzycznym wyjadaczem.

Pewnego razu Gienek zapytał mnie, czy nie pojechałbym z nim i jego dawnymi kolegami na „czarny rynek” w Katowicach. Oczywiście się zgodziłem, bo wreszcie mogłem się doczepić do jakiejś grupki chłopaków z którymi czułbym się bardziej bezpiecznie podczas takiej wyprawy w nieznane. W ten sposób w jedną z wrześniowych sobót 1980 r. (ale mógł to też być inny dzień, np. piątek) wsiadłem do pociągu którym dojechałem do Rybnika, a następnie wraz z Gienkiem i jego dawnymi kolegami z Rybnika ruszyliśmy do Katowic. Już w pociągu okazało się, że tą grupą kierował jeden z chłopaków, taki lokalny przywódca, który był głównym inicjatorem wyjazdu. Wówczas też Gienek oznajmił mi, że zanim pójdziemy na „czarny rynek” to będziemy musieli wstąpić do Pewexu położonego w innej części miasta, gdzie ten chłopak miał zamiar kupić sobie „dżiny”, czyli spodnie jeansy.

Po przyjeździe do Katowic najpierw poszliśmy do słynnego wówczas, choć niekoniecznie z dobrej strony, polowego baru znajdującego się w okolicach Uniwersytetu Śląskiego i ul. Warszawskiej. Faktycznie była to taka typowa "mordownia" pod gołym niebem, stąd okoliczna ludność i władze uczelni ciągle wnioskowały o jego likwidację. Bar ten nie istniał już w latach moich studiów w Katowicach klika lat później. Zrobiliśmy tak gdyż chłopcy byli głodni i poszli rytualnie zjeść w nim hot dogi oraz zapiekanki, a następnie popić to wszystko coca colą. Ja byłem zszokowany taką rozrzutnością, bo praktycznie nigdy niczego do jedzenia nie kupowałem na mieście.

Poczułem się wówczas trochę niekomfortowo, bo z powodu braku pieniędzy (miałem tylko odliczone środki na podróż i kupno kaset) nie planowałem niczego kupić w tym barze. Wówczas jeden z tych chłopaków kupił mi wtedy zapiekankę abym mnie odstawał od reszty. Byłem zdziwiony tym, że ktoś mi coś zafundował, bo wcześniej nigdy to się nie zdarzyło.

Potem poszliśmy do tego Pewexu, który znajdował się w dość dużej hali przy ul Akademickiej – obecnie sklep sieci „Biedronka”. W tamtym czasie był to główny sklep dolarowy w Katowicach, a przypuszczalnie także w całym ówczesnym woj. katowickim. W przeciwieństwie do wielu innych tego rodzaju sklepów, ten był supermarketem, a więc supersamem, a takich w Polsce było wówczas bardzo niewiele. Przed tym sklepem stało wiele dziwnych typów, tzw. cinkciarzy, w połowie przestępców walutowych, a w połowie agentów tajniej polskiej policji politycznej.

O istnieniu tego rodzaju sklepów dowiedziałem się po raz pierwszy niewiele wcześniej, gdyż podczas strajków w sierpniu 1980 r. Strajkujący domagali się wówczas usunięcia z tych sklepów polskich deficytowych towarów i skierowania ich do sprzedaży ogólnej. To był jeden z postulatów strajkujących robotników, dzięki czemu istnienie sklepów Pewex stało się znane także dla zwykłych ludzi. Oczywiście w tych sklepach nie płaciło się polskim złotym, który nie był wymienialny, a walutami zachodnimi lub specjalnymi bonami. Ja jednak nigdy wcześniej nie widziałem ani jednych ani drugich z tych pieniędzy.

Pamiętam, że byłem oszołomiony wielkością tego sklepu, a także ogromem towarów jakie się tam znajdowały. Kiedy ten chłopak przymierzał te swoje „dżiny” w asyście najbardziej wiernych kolegów, to ja z Gienkiem chodziliśmy pomiędzy regałami i gapiliśmy się na różne towary. Głównie jednak staliśmy przed regałami z zachodnimi kasetami magnetofonowymi i sprzętem RTV. Wówczas po raz pierwszy widziałem kasety firm TDK, BASF i AGFA, a także wzmacniacze, magnetofony i gramofony firmy Technics. Wszystkie one reprezentowały finezyjną japońską myśl techniczną, były piękne, lśniące i niedostępne. Widniejący przy nich ceny w dolarach stanowczo wskazywały, że raczej nigdy nie będę mógł sobie ich kupić. Nawet najtańszy z tych sprzętów kosztował bowiem pełne kilkuletnie zarobki przeciętnie zarabiającego Polaka.

Po udanych dla naszego „przywódcy” zakupach w Pewexie udaliśmy się wreszcie na osławiony katowicki „czarny rynek”. Faktycznie był to wielki bazar na którym można było dosłownie wszystko kupić i sprzedać na zasadach „wolnego handlu”, czyli innymi słowy "wolnego rynku". Były to synonimy nazwy potocznej tego bazaru znanego jako „czarny rynek”. Wynikało to z faktu, że ceny oferowanych tutaj towarów daleko odbiegały wysokością od tego co oficjalnie obowiązywało w państwowych sklepach. W tym czasie bazar ten znajdował się jeszcze w centrum miasta pobliżu oddanych do użytku w latach 1981-1982 tzw. wieżowców szwedzkich (faktycznie biur „Stalexportu) i dworca PKS.

Gdy zobaczyłem ten bazar na własne oczy od razu zrozumiałem, że handlujący na nim ludzie żyli w innym świecie i udostępniali dobra niedostępne w naszej socjalistycznej Ojczyźnie. Obok wielu zagranicznych płyt, m.in. będący na topie Goombay Dance Band, ale także Pink Floyd "The Wall", najczęściej używanych i odsprzedawanych za duże pieniądze, sprzedawano tam także pirackie kasety magnetofonowe, a także oficjalnie wydane, ale niedostępne gdzie indziej polskie płyty, np. wydany wówczas i bardzo poszukiwany debiutancki album polskiej grupy Vox z 1979 r. O ile jednak handel zachodni artykułami był dozwolony, to handel polskimi deficytowymi towarami był zabroniony i podlegał pod tzw. spekulację, czyli nielegalny obrót towarowy. A ta była z urzędu ścigana przez organy socjalistycznego państwa.

Ogólnie rzecz biorąc bazar ten był kłębowiskiem bezwzględnych handlarzy, cwaniaków, drobnych naciągaczy, złodziei i tajniaków. Jeszcze przed wyjazdem Rodzice mnie ostrzegali przed wszystkimi tymi niebezpieczeństwami, ale ja im nie wierzyłem. Taka moja postawa była typowa dla każdego nastolatka w każdym czasie –nie wierzy starszym. Sprzedający tam handlarze byli dość pewni siebie i bezczelnie kłamali na temat swoich towarów, że są nowe, lub prawie nowe. Przykładowo twierdzili, że sprzedawane przez nich zachodnie płyty to prawie nówki pochodzące z ich kolekcji. A prawda była taka, że sprzedawano tam artykuły nie pierwszej nowości, często dość mocno zniszczone, niekiedy pochodzące z przemytu. Szerzej o handlu płytami napiszę jeszcze przy innej okazji.

Ja byłem na tym bazarze po raz pierwszy w życiu i jedyne o czym myślałem, to o tym, aby nie dać się okraść, bo nawet koledzy ostrzegali mnie przed kieszonkowcami. O nabyciu zachodnich płyt winylowych nawet nie myślałem, bo nie miałam tyle pieniędzy, ale byłem zdecydowany na kupno tzw. oryginalnych kaset. Handlarze, którzy sprzedawali te kasety najczęściej stali przy głównych chodnikach bazaru, gdy ci co sprzedawali płyty raczej skupiali się na jego obrzeżach, a zwłaszcza przy płotach na których zawieszali wspomniane płyty.

Sprzedawcy kaset magnetofonowych najczęściej mieli stoliki turystyczne na których stały przenośne zachodnie radiomagnetofony na którym można było odsłuchać oferowane do sprzedaży taśmy. Obok nich, na płasko leżały poukładane kasety. Główna część towaru, a więc kaset, znajdowała się zawsze dużej torbie obok takiego stolika. Było to zabezpieczenie na wypadek nalotu policji, co skłaniało wszystkich handlarzy do szybkiej ucieczki z targowiska. Często tego stolika znajdowała się także druga torba z akumulatorem zasilającym taki radiomagnetofon. Polskie baterie były bowiem słabej jakości i szybko się wyczerpywały.

Z tego co pamiętam były to radiomagnetofony dobrych zachodnich firm, m.in. Grundig, Telefunken, Sanyo, Sharp, Sony. Najczęściej były to tańsze ale stereofoniczne modele z wychyłowymi wskaźnikami poziomu zapisu. Ale wśród nich zdarzały się też bardzo drogie egzemplarze tego rodzaju sprzętu. Jak przypuszczam ich właściciele przywieźli je sobie z zza granicy lub je dostali od krewnych w strefie walut wymienialnych.

W zasadzie ilość oferowanych na sprzedaż kaset całkowicie mnie zdołowała i nie wiedziałem co mam kupić. Jedyne czego byłem pewien, to konieczność zakupu kasety z albumem „Dynasty” grupy Kiss. Czemu akurat ten zespół? Bo w PRL nie puszczano jego płyt w Polskim Radio, więc nie mogłem go sobie posłuchać, a ponadto słyszałem już wcześniej tę płytę u kuzyna i byłem pewny co do tego że go chcę. A ponadto bardzo podobała mi się jej okładka.

Jednak nadal się zastanawiałem nad dwiema dalszymi kasetami do zakupu, bo tylko na tyle miałem pieniędzy. Ten dylemat pomógł mi rozwiązać mój kolega Gienek, którzy powiedział że mam sobie kupić kasetę z „In Rock” zespołu Deep Purple, bo to klasyk, oraz coś nowego np. Black Sabbath „Heaven And Hell” (swoją drogą też super fajna okładka z palącymi papierosy aniołami). Jak radził tak zrobiłem, choć na oku miałem także kilka innych kaset. Nie kupiłem ich samodzielnie w ciemno, bo nie znałem tych płyt i zespołów, a więc albumów grup Queen, Yes, Jethro Tull czy dosłownie będącej wówczas wszędzie na tym bazarze płycie i kasecie z albumem „Never Say Die” zespołu Black Sabbath.

Kupione przez mnie kasety Kiss, Deep Purple i Black Sabbath miały dobre czyste brzmienie i ładne kolorowe okładki z reprodukcjami oryginalnych winylowych albumów. Warto powiedzieć, że oferowano też kasety z czarno-białymi zdjęciami okładek płyt, ale choć były tańsze, to jednak nie prezentowały się tak dobrze jak te kolorowe, dlatego ich nie chciałem.

Za każdą z tych kaset zapłaciłem 250 zł, czyli za wszystkie trzy 750 zł. W 1980 r. średnia płaca w Polsce wynosiła nieco ponad 6 tys. zł, więc te kasety były dość drogie, zwłaszcza dla ucznia którym byłem. Nie zarabiałem jeszcze wówczas a jedynie miałem zawodowe stypendium wynoszące 480 zł miesięcznie.

Oczywiście kasety jakie kupiłem nie były żadnymi oryginałami, bo te musiałby kosztować o wiele więcej, a piratami wyprodukowanymi na bazie materiałów dostępnych w Polsce. W tamtym czasie takie oryginalne kasety zachodnie kosztowały ok. 70% wartości takiej samej zachodniej płyty winylowej, a tym samym w Polsce tego okresu nikt by ich nie kupił, bo były za drogie.

Handlarze z bazaru w Katowicach, a także innych bazarów Polsce, tworzyli takie kasety w ten sposób, że nabywali polskie kasety magnetofonowe, np. z muzyką klasyczną, np. z Chopinem czy przemówieniami dygnitarzy partyjnych i drogą modyfikacji przekształcali je w tzw. „oryginalne kasety”. Polegało to na skasowaniu oryginalnej ścieżki audio na taśmie i dokonaniu na niej nowego zapisu w oparciu o źródło z płyty analogowej z wybranym zachodnim wykonawcą. Najczęściej nagrywali je na stacjonarnym sprzęcie nagrywającym, czyli za pośrednictwem dobrych gramofonów i magnetofonów często marki Technics czy Akai typu deck. Ale niekiedy tylko za pomocą wspomnianych radiomagnetofonów jakie były do dyspozycji wspomnianych handlarzy.

Tworzeniu takiej „oryginalnej” kasety towarzyszyły także dodatkowe działania polegające na odpowiednim przygotowaniu samej polskiej kasety. Polegało to na wymazaniu za pomocą rozpuszczalników pierwotnych napisów na obudowie kasety, wyrzuceniu oryginalnej okładki i dodaniu w jej miejsce nowej, przygotowanej w formie fotograficznej wkładki – najczęściej kolorowej. Tworzono ją w oparciu o okładkę przegrywanej płyty analogowej lub okładkę oryginalnej kasety wydanej na Zachodzie. Oczywiście taka „oryginalna kaseta” była znacznie droższa niż te, które kupowało się w oficjalnych sklepach i zawierała najczęściej modny w danym czasie repertuar najczęściej wykonawców z kręgu popularnego rocka.

Nabyte wówczas na bazarze w Katowicach moje trzy pierwsze „oryginalne” kasety magnetofonowe służyły mi wiernie przez następne kilka lat budząc zazdrość kolegów, którzy do mnie przychodzili. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że zakupiona przeze mnie kaseta z płytą „In Rock” grupy Deep Purple nie była pełna i miała obcięte jedno z nagrań, a dokładniej końcówkę utworu „Child in Time”. Stało się tak dlatego, że taśma w kasecie na jakiej przegrano ten album była za krótka.

Wspomniane trzy kasety z bazaru w Katowicach były moimi pierwszymi trzema "zachodnimi" i "oryginalnymi" kasetami magnetofonowymi z muzyką jakie kupiłem.

środa, 21 listopada 2018

Problem "gnijących" płyt (disc rot) CD i DVD


 

Płyta CD-Audio jako nośnik dźwięku została uroczyście wprowadzona do masowej sprzedaży w 1982 r., a więc w tym roku mija ponad 40 lat od tej daty. W chwili gdy ją wprowadzano do sprzedaży reklamowano ją jako nie zużywającą się podczas normalnego użytkowania. Oczywiście gwarantowano to pod warunkiem właściwego przechowywania płyt CD i dbania o to, aby ich nie zarysować.

Jak większość tego, co reklamują nam jako „cudowne” różne koncerny (a w innych sprawach państwo), nie było to całkiem zgodne z prawdą. Już w latach 80. jedna z firm, która badała tę sprawę stwierdziła, że żywotność płyt CD jest znacznie bardziej ograniczona niż to przedstawiała propaganda koncernów je produkujących. Trzeba też zresztą odróżnić płyty CD tłoczone od wypalanych – te pierwsze są zazwyczaj bardziej trwałe.

Kwestia bezpieczeństwa danych przechowywanych na płytach CD i DVD nabrała szczególnego znaczenia wraz z upowszechnieniem techniki cyfrowej. Zastąpienie fizycznych zdjęć i dokumentów plikami cyfrowymi na masową skalę uczyniło kwestię trwałości tychże nośników sprawą pierwszej wagi. W szczególności dotyczyło to płyt CD-R i DVD-R wypalanych w popularnych nagrywarkach montowanych w komputerach PC.

Z tego powodu od końca lat 90. do nagrywania dźwięku zalecano używania specjalnych płyt CD oznaczonych jako „CD-Audio”, a do archiwizacji danych używanie płyt oznaczonych jako „Scratchproof” a więc o zwiększonej odporności na rysy i inne uszkodzenia. Tego rodzaju płyt CD i DVD używano jednak głównie w instytucjach, gdyż były bardzo drogie. Prywatni użytkownicy najczęściej nawet nie zdawali sobie sprawy z istnienia takich płyt, a jak już je nawet widzieli w sklepie, to nie chcieli ich kupować z powodu wysokich cen.

Z biegiem czasu pojawił się jeszcze jeden problem z trwałością płyt CD-Audio i DVD, a mianowicie tzw. „disc rot” czyli zjawisko „gnicia płyt”. Generalnie przez disc rot rozumie się stopniowe niszczenie płyt CD i DVD z powodu utraty ich pierwotnych właściwości fizycznych i chemicznych. Przejawia się to np. odpadaniem warstwy odblaskowej od dołu tych płyt lub pojawieniem się na niej dziwnych plam stopniowo uniemożliwiających odczyt tychże nośników.

Powszechnie uważa się, najwięcej tego rodzaju wadliwych płyt pochodzi z lat 80., a więc okresu, gdy technika produkcji płyt kompaktowych ciągle znajdowała się we wczesnej fazie rozwoju. Niestety sprawa nie jest taka prosta jakby się na pierwszy rzut oka wydawało, bo wadliwe płyty CD i DVD wytwarzano także w latach 90. a także po roku 2000. Wydaje się, że głównym powodem tego stanu rzeczy była niedbałość produkcji, ale przede wszystkim chęć oszczędności przez koncerny na materiałach i procesie technologicznym. Dzięki tym tzw. oszczędnościom chwilowo zmniejszono koszty, ale ostatecznie wytworzono dzięki temu buble (z podobnymi zjawiskami mamy do czynienia także w przemyśle samochodowym, np. słynne sklejane silniki).

Niestety problem „gnijących” czy raczej odwarstwiających się płyt dotknął także mnie osobiście, co pokrótce poniżej opiszę. Pewnego razu, a dokładniej 16 I 2009 odwiedził mnie kolega, Zbigniew G., któremu chciałem się pochwalić rzadkimi wydaniami płyt CD-Audio. Jedną z nich był podwójny album „Space Ritual” (1973) zespołu Hawkwind. Tak więc przyniosłem pudełko z płytami, gdzie przechowywałem jego albumy, wyjąłem wspomnianą płytę a następnie umieściłem ją w odtwarzaczu CD. Oczywiście okładka i same płyty były w stanie idealnym, a ich spody były piękne i lśniące. Na wszelki wypadek dodam też, że płyty przechowuję w kartonowych pudełkach w szafkach, z dala od źródeł ciepła i światła.

Jednak po włączeniu odtwarzacza CD, zamiast muzyki usłyszeliśmy dziwne chrobotanie, i ogromne zniekształcenia dźwięku. Dalej rozmawialiśmy, więc nie od razu to zauważyłem, a dopiero po jakimś czasie, około minucie. Pomyślałem wówczas, że zepsuł się mój stary odtwarzacz Sony CDP-591 więc natychmiast go wyłączyłem. Już zacząłem się nawet martwić tym, skąd nagle wezmę pieniądze na nowy odtwarzacz CD. Gdy jednak wyjąłem z niego płytę i odruchowo sprawdziłem jej spód, to okazało się, że lśniąca dotąd i idealna warstwa spodnia tej płyty jest cała pofalowana i jakby odwarstwiona od reszty krążka. Oczywiście zaraz sprawdziłem czy inne płyty prawidłowo działają na tym odtwarzaczu. Gdy okazało się że tak, to już wiedziałem, że problem dotyczy wadliwej płyty zespołu Hawkwind. Wkrótce później stwierdziłem, że podobne wady mają także inne płyty tego zespołu z tej samej serii jakie niegdyś kupiłem – o czym poniżej.

Przeważnie problem gnijących płyt CD opisuje się tak, że na płytach dotkniętych tą przypadłością widać jakieś plamy czy odkształcenia. W moim przypadku taka sytuacja nie miała miejsca. Płyta po wyjęciu z kartonika była idealna pod każdym względem, a więc od góry miała nienaganny lakier, a od spodu była lśniąca i pozbawiona choćby najmniejszych rys i plam. Dopiero po włożeniu do odtwarzacza spód tej płyty uległ prawie całkowitej destrukcji. W efekcie po wyjęciu z szuflady była od spodu rozwarstwiona, przebarwiona i pofalowana. Wyglądała tak (i nadal wygląda) jakby ktoś ją przypiekał na gorącej patelni. Przypuszczam, że zmiany jej wyglądu dokonał jej odczyt laserem. Od tego momentu płyty tej nie da się już odtwarzać.

Kiedy kupiłem tę płytę i inne płyty Hawkwind z tej feralnej serii? Podwójny album koncertowy zespołu Hawkwind pt. „Space Ritual” kupiłem 21 IV 1998 r. w jednym z kilku działających wówczas w Gliwicach małych sklepów muzycznych. Oprócz niego nabyłem także też kilka innych płyt tej grupy: „Hawkwind” (1970), „X In Search Of Space” (1971), „Doremi Fasol Latido” (1972) i „Hall Of The Mountain Grill” (1974).

Dlaczego je kupiłem? Bo jestem wielkim miłośnikiem tej grupy i chciałem mieć wszystkie jej wczesne albumy. Płyty te w najnowszych wówczas wydaniach były bardzo drogie, zwłaszcza jak na ówczesne polskie zarobki, bo każda pojedyncza płyta kosztowała po 50 zł, a podwójny koncert kosztował aż 100 zł. Innymi słowy razem na kupno tych płyt wydałem wówczas 300 zł, co także obecnie jest całkiem sporą kwotą.

Co to były za wydania? Oryginalne winylowe wydania tych płyt ukazały się oczywiście w pierwszej połowie lat 70. W latach 90. niektóre z nich wznowił na CD koncern EMI, ale nie wszystkie, np. nie było w tej grupie „Space Ritual”. Z tego powodu z wielką radością, podobnie jak moi koledzy fani, przyjąłem informację o tym, że w 1996 r. ukazały się w Wielkiej Brytanii wznowienia wszystkich wczesnych albumów Hawkwind sygnowane przez wytwórnię „EMI Premier”. Wszystkie z nich zostały przygotowane jako bardzo estetyczne luksusowe digipaki z bogatymi książeczkami.

To właśnie te wydania kupiłem dwa lata później w istniejącym do dzisiaj niewielkim sklepie muzycznym w Gliwicach. Były to płyty z oficjalnej dystrybucji, oryginalnie zafoliowane i zaopatrzone w hologramy z napisami: „ZPAV” i „ZAiKS”. Ten ostatni gwarantował legalność wydania i opłacenie podatków na rzecz Polskiego Związku Producentów Audio-Video.

Oczywiście po stwierdzeniu defektów całej wspomnianej serii płyt EMI Premier udałem się do tego sklepu w Gliwicach gdzie je kupiłem, aby poinformować sprzedawcę a zarazem mojego znajomego Mirosława S. o tym, iż 9 lat temu sprzedał mi wadliwy towar. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, Mirek nagle zaczął się wypierać tego, że sprzedał mi te płyty, co było na równi szokujące i śmieszne. Oczywiście obawiał się, że będę żądał wymiany tych płyt na nieuszkodzone lub zwrotu pieniędzy. Wkrótce później także Mirek stwierdził, że także ma w swej kolekcji płyty CD-Audio, które uległy uszkodzeniu, wśród nich były np. wznowienia albumów Pink Floyd na CD dokonane przez EMI Unitet Kingdom z lat 1994-1995 r. Podobne defekty stwierdziło na niektórych płytach także kilku innych znanych mi lokalnych kolekcjonerów.

Po stwierdzeniu wadliwości płyt, które kupiłem kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych, postanowiłem szukać sprawiedliwości. Czułem się oszukany i byłem bardzo zły na producenta tych płyt i przedstawicieli przemysłu muzycznego. Uznałem bowiem, i nadal tak uważam, że wiedzieli oni już wcześniej o problemie wadliwie produkowanych płyt CD-Audio, ale celowo go ukrywali dla wygody i zysku. Z tego powodu napisałem pisma do polskiego i brytyjskiego przedstawicielstwa EMI. Oprócz opisu problemu żądałem w nich wymiany wadliwych płyt Hawkwind na dobre lub zwrotu pieniędzy. Oczywiście napisałem też pismo do osławionego „ZPAV”. Oczywiście z żadnych z tych firm i instytucji nie doczekałem się żadnej odpowiedzi.

Po pewnym czasie dałem sobie spokój z dalszym dochodzeniem sprawiedliwości w tej sprawie, bo jak wiadomo słaby nie ma racji w starciu z koncernami i stowarzyszeniami reprezentującymi producentów. Uważam jednak, że konsumenci powinni byli zostać ostrzeżeni przed ukrytymi wadami płyt CD i DVD, zwłaszcza, ze w reklamach koncerny przekonywały o ich niezniszczalności. Ponadto uważam, że wadliwe płyty powinny być wymieniane przez koncerny, bo zostały kupione przez nieświadomych konsumentów w dobrej wierze.

Najgorsze jest to, że kupując w 1998 r. płyty Hawkwind sygnowane przez EMI Premier sprzedałem bardzo dobre i trwałe inne wydania tych płyt jakie już wcześniej miałem. Konkretnie chodziło tutaj tylko o dwie płyty: debiutancką „Hawkwind” wydaną przez wytwórnię Repertoire w 1994 r. oraz drugą „X. In Search Of Space” wydaną przez EMI w 1991 r. Nie były może one aż tak estetycznie wydane jak wspomniane digipaki, ale pod względem technicznym nie miały żadnych wad.

Dołączone fotografie przedstawiają spód i lakierowaną wierzchnią warstwę uszkodzonej płyty CD 1 z albumu „Space Ritual” zespołu Hawkwind w wydaniu wytwórni EMI Premier z 1996 r.
 
Na koniec powiem jeszcze, ze podobne zjawiska występują także z płytami DVD. Przykładowo uszkodzeniu uległa moja płyta DVD z filmem „Jay i cichy Bob kontratakują” (2001) w reżyserii Kevina Smitha wydana w Polsce przez wytwórnię SPI International Polska.

niedziela, 4 listopada 2018

Loudness war - czyli jak powstały płyty, których nie da się słuchać

Foto pochodzi z zasobu Wikipedii
(u góry przebieg akustyczny dobrze nagranej płyty
u dołu przebieg akustyczny za głośno nagranej płyty)

Angielski termin "loudness war" oznacza „wojnę głośności”, a tak po ludzku znaczy to, że obecne nagrania muzyczne, są zarejestrowane za głośno, co niekiedy praktycznie uniemożliwia ich słuchanie. Najczęściej dotyczy to płyt kompaktowych nagranych w formacie wave (to skrót od angielskiego waveform), ale także wszelkiej innej muzyki nagranej w innych formatach. Gatunek muzyki nie ma tutaj żadnego znaczenia, bowiem za głośno nagrana jest muzyka popularna a także klasyczna.

Skoro za głośno nagrane płyty nie dają się słuchać, to dlaczego są nagrywane?

Wbrew pozorom nie jest to działanie przypadkowe i nieprzemyślane. Celem zwiększonej sztucznie głośności jest stworzenie nagrań wyróżniających się spośród innych, a także przebicie tą głośnością otaczającego nas hałasu. Koncerny sprzedają nam hałas zamiast muzyki dla zysku, bowiem chcą się z nią za wszelką cenę przebić do konsumenta. W przypadku muzyki słuchanej na ulicy z przenośnych odtwarzaczy MP3, z radia samochodowego, czy z głośników w supermarketach ważnym czynnikiem tego przebicia się do słuchacza jest głośność, na tyle duża aby zagłuszyła hałaśliwe otoczenie. Problem loudness war dotyczy całej obecnie znanej muzyki niezależnie od jej gatunku. Źle nagrane płyty są przekleństwem melomanów, czyli  ludzi świadomie słuchającym muzyki, a więc w sumie garstki konsumentów.

Co gorsza, w powszechnym odczuciu, te źle nagrane płyty postrzegane są przez masowego odbiorcę jako atrakcyjniejsze.  Wynika to z tego, że ludzie, a dokładniej ludzkie ucho, postrzegają nagrania głośniej nagrane za lepsze. Na pierwszy rzut oka, czy raczej ucha, wydaje im się bowiem, że te głośniej nagrane płyty mają lepszą dynamikę, co jest błędne i wynika z mylenia głośności z dynamiką.

Jednak po pewnym, najczęściej dość krótkim czasie, to ci sami słuchacze nie mogą znieść takiej zniekształconej muzyki i zaczynają odczuwać ją jako nieznośny hałas. Większość ludzi nie zastanawia się zresztą nad tym problemem, gdyż jak słucha muzyki tylko przelotnie, np. w samochodzie czy autobusie, to co najwyżej taki słuchacz pomyśli, że jest akurat zmęczony, dlatego nie może już znieść dźwięku jakiegoś nagrania.

W samej głośności nie ma nic złego pod warunkiem, że nie jest ona sztucznie stworzona i daje nam dźwięki, które są faktycznie konieczne w danym nagraniu, np. celowe przesterowania. Niestety w ramach programu loudness war powstają nagrania z sztucznie podbitymi dźwiękami nie występującymi naturalnie w muzyce. Przesterowanie całości nagrania i sztuczne podbicie jego głośności skutkuje tym, że takiego nagrania nie da się słuchać.

Lansowany obecnie przez większość przemysłu muzycznego program loudness war zakłada tworzenie nagrań o dużej głośności, co jednak odbywa się kosztem spłaszczenia dynamiki nagrań i ich faktycznego zniekształcenia. W nagraniach poddanych zabiegom zwiększania głośności następuje bezpowrotne zniszczenie ich naturalnego brzemienia (na wykresach prawidłowe nagrania mają postrzępioną sinusoidę, a nagrania za głośne - zbliżoną do walca). W wyniku sprowadzenia dźwięku do jednakowej wyższej głośności całe nagranie wydaje się głośniejsze, a więc dobitniej brzmią poszczególne instrumenty i głos ludzki. W ten sposób nagranie traci naturalne dla siebie momenty cichsze i głośniejsze. W wyniku takiego zabiegu nagranie pozbawiane jest w praktyce całej swej naturalnej dynamiki, czyli różnicy pomiędzy fragmentami cichymi i głośnymi.

Aby lepiej zrozumieć filozofię loudness war można przytoczyć tutaj jej faktyczne zastosowanie w reklamach telewizyjnych czy radiowych. Taka reklama nagrywana jest kilka razy głośniej niż inne dźwięki w emitowanym programie. Robi się to aby wyróżnić takie nagranie wśród spośród innych reklam, a także od głównego programu. Celem tych działań jest zwrócenie uwagi potencjalnych klientów na jakiś akurat reklamowany produkt. Nawet jak przyciszymy głośność w telewizorze, to taka reklama wyróżnia się swoim podrasowanym dźwiękiem Konsumenci zapamiętują ją nawet wówczas jak jest irytująca dla ich uszu. Podobnie jest z nagraną za głośno muzyką, tyle że mało kto, do niedawna, zdawał sobie z tego sprawę.

Polepszanie dźwięku w nagraniach rozpoczęło się w latach 80. XX w. wraz z wynalazkiem zapisu cyfrowego i płytą kompaktową. Jednak w pełni zjawisko to pojawiło się w latach 90. w wraz z udoskonalaniem techniki cyfrowej w studiach nagraniowych. Wtedy także upowszechniło się zjawisko tzw. remasteringu, czyli ponownej edycji dawnych masteringów nagrań (muzyki i filmów) w celu poprawy ich jakości technicznej. Niestety, oprócz faktycznej technicznej poprawy oryginalnych nagrań, zaczęto je przy okazji poprawiać (jakby nagrywać na nowo), przez co nowo wydane dawne płyty brzmiały inaczej niż ich wydane przed laty pierwowzory.

Dowodem tego jak bardzo nagrania remasterowane różniły się od masteringu oryginalnego jest np. płyta „Tales of Mystery and Imagination” zespołu The Alan Parson's Project. Pierwotna winylowa wersja tego albumu ukazała się w 1976 r. W 1987 r. ukazała się jej wersja kompaktowa na której tak bardzo zmieniono oryginalne brzmienie, że wielu ludzi uznało ją za całkiem nowa płytę tego zespołu. Przykładowo na pierwotnej wersji tego albumu nie ma partii narracyjnych czytanych przez Orsona Wellesa.

Dopiero wiele lat później problem ten rozwiązano w ten sposób, że na wydaniu z 2007 r. umieszczono dwie płyty: w oryginalnym masteringu z 1976 r. i tą remiksowaną z 1987 r. Niestety przy okazji zwiększono głośność obu płyt, co pogorszyło brzmienie muzyki, ale w granicach, które można uznać za akceptowalne, choć nie idealne. Podobnie było w przypadku wielu innych płyt, np. albumu „Exposure” Roberta Frippa z 1979 r.

Zmiany w brzmieniu i głośności, na pierwszy rzut oka, nie są wyczuwalne dla przeciętnego słuchacza, zwłaszcza jak nie zna on oryginału, czy go nie pamięta. Jednak osoby, które słuchały kiedyś jakiejś płyty w młodości, gdy odtwarzają jej nową wersję po latach mają wrażenie, że brzmi ona jakoś inaczej i najczęściej myślą, że odczucie to jest wynikiem zmiany ich własnych gustów lub upływu lat. Faktycznie zaś jest to wynik zmian brzmienia takiej płyty wprowadzonych podczas jej remasteringu i innych czynności studyjnych rzekomo polepszających brzmienie dźwięku, w tym zastosowaniu loudness war.

Gdy na początku lat 90. XX w. zaczęły masowo pojawiać się płyty CD oznaczone jako tzw. remaster edition, wszyscy fani i kolekcjonerzy muzyki na całym świecie byli wniebowzięci. W tamtym czasie takie remasterowane wersje dotyczyły głównie wznowień starych płyt nagranych kiedyś na płytach winylowych, a od dawna niedostępnych. Gdy kupiło się taką płytę kompaktową dosłownie słyszalna była zmiana jej głośności dzięki lekkiemu jej podwyższeniu. Niekiedy było to konieczne, bo niektóre stare nagrania faktycznie wymagały poprawy dźwięku, ale w przeważającej mierze już wówczas rozpoczął się proces psucia nagrań na dużą skalę.

Jednocześnie loudness war zastosowano także do nowo wychodzących wówczas nagrań, np. przy nagrywaniu debiutanckiego album Slasha pt.: „It's Five O'Clock Somewhere” wydanego w 1995 r. Z tego powodu płyty nie tej nie słucha się z przyjemnością, a po pewnym czasie zaczyna być męcząca dla ucha. Albumu tego nie da się więc słuchać powodu złej muzyki, ale z powodu jej złego nagrania.

Obecnie większość płyt wydawanych przez wielkie koncerny muzyczne skalane jest problemem loudness war przez co praktycznie zarejestrowane na nich dźwięki są niestrawne. Typowym produktem tego rodzaju są płyty skądinąd bardzo dobrego zespołu Muse. Wszystkie jego albumy wydane na CD są za głośno nagrane a przez to nie da się ich słuchać.

Ale są też oczywiście chlubne wyjątki. Takim wykonawcą, który narywa obecnie płyty i nie posuwa się do sztucznego podwyższania głośności jest Steven Wilson. Jednak nawet on ma małe grzechy na sumieniu, gdyż np. jego płyta „Insurgents” z 2009 r. także jest za głośno nagrana.

Jedynym nośnikiem jaki oparł się zjawisku loudness war, czyli za głośnych nagrań, jest płyta winylowa. Fakt, że te płyty są dobrze nagrane wynika jednak nie z tego, że są jakimś cudownym nośnikiem dla muzyki, ale jedynie z tego, że możliwości techniczne rowków płyty winylowej na których zapisany jest dźwięk, nie pozwalają na tak drastyczne zwiększanie głośności jak to ma miejsce w przypadku płyt kompaktowych.

Miłośnicy prawdziwego brzmienia muzyki stworzyli stronę http://dr.loudness-war.info/ na której można sprawdzić każdą płytę pod kątem tego, czy została dobrze nagrana pod względem głośności. Baza tej strony jest imponująca, ale niestety nie zawiera wszystkich wydanych dotąd płyt.

W Polsce ukazuje się wiele fachowych czasopism muzycznych poświęconych muzyce popularnej, m.in. "Teraz Rock", "Lizard". "Twój Blues",  "Jazz forum". Niestety w żadnym z nich nigdy nie ukazały się artykuły piętnujące zjawisko loudness war.  Płyty są w nich recenzowane pod względem wartości artystycznych, ale nic się nie mówi o tym, czy mają jakieś wady techniczne spowodowane złym masteringiem czy za głośnym nagraniem.

Wynika to z czysto biznesowego uwarunkowania tych czasopism i ich zależności od wielkich koncernów, których produkty reklamują swoimi recenzjami. Wspomniane redakcje często dostają darmowe płyty z tych koncernów do recenzji, a także mają dzięki nim ułatwiony dostęp do nagrywających dla nich muzyków, co jest konieczne przy przeprowadzaniu z nimi wywiadów drukowanych później na ich łamach.

Poprzez brak reakcji na zjawisko loudness war wydawcy i redaktorzy tych gazet idą na rękę tym producentom, którzy dla zysku źle nagrywają płyty. Na dalszą metę szkodzi to wszystkim i prędzej czy później wywoła to u masowego odbiorcy reakcje, w postaci zniechęcenia do nabywania tak źle nagranej muzyki.

Najbardziej świadomi muzycy i producenci już podjęli działania zmierzające do wyeliminowania tego zjawiska ze świata przemysłu muzycznego. Ale minie jeszcze wiele czasu, aby sytuacja wróciła do normalności zwłaszcza, że świadomości masowego odbiorcy problem ten wciąż jest mało znany.

O tym z jak wielkim problemem mamy do czynienia świadczy fakt, że wydane w 2014 r. wznowienia klasycznych płyt Jeana Michel-Jarre'a zostały mocno przesterowane, przez co praktycznie nie da się ich słuchać. To było powodem tego, że płyty te leżały potem w supermarketach na półkach z przecenami. Ale nieświadomi przeciętni konsumenci i tak je kupowali , ciesząc się że mogli wreszcie tanio nabyć swoje ulubione płyty.

Obecnie o problemie Loudness war możemy poczytać już na Wikipedii, a także na specjalistycznych stronach poświęconych technice hi-fi. Konsument nie jest jednak całkowicie bezbronny wobec problemu za głośno nagranych płyt. Większość płyt CD można sprawdzić pod tym względem w baszie danych pod adresem:
http://dr.loudness-war.info/

sobota, 3 listopada 2018

Ceny płyt kompaktowych w 1997 r., cz. 3


Ceny płyt na rynku polskim w 1997 r.

Zaprezentowane w JPC-Katalog” ceny płyt CD-Audio  obowiązywały na rynku niemieckim. W Polsce można je było kupić w tych cenach jedynie drogą prywatnego importu. Dystrybucją płyt w Polsce w tym czasie zajmowały się od początku lat 90. lokalne przedstawicielstwa wielkich koncernów muzycznych, a także prywatni przedsiębiorcy – ci ostatni na niewielką skalę. Koncerny miały świadomość niewielkich możliwości finansowych polskich konsumentów, stąd oferowały w naszym kraju te same płyty w cenach niższych niż na Zachodzie. Jednak nie zawsze było to regułą. Starano się też prowadzić różnego rodzaju akcje promocyjne mające zachęcić Polaków do kupowania oryginalnych płyt i ukrócić przez to piractwo płytowe.

Przykładowo koncern EMI poprzez spółkę córkę Pomaton prowadził wówczas kampanię pt. „Dobra cena” polegającą na obniżeniu cen niektórych płyt i oblepienie ich specjalnymi trójkątnymi naklejkami z napisem „Dobra cena”. Tę cenę ustalono w wysokości 33,99 zł za pojedynczą płytę. Podobne promocje cenowe wprowadziły też inne koncerny muzyczne występujące na polskim rynku. Nie dotyczyło to jednak katalogów wytwórni niezależnych, np. płyt wznawianych na CD w niemieckiej Repertoire Records. Jednak te płyty także sprzedawano na polskim rynku po niższych niż np. w Niemczech cenach.

Poniżej przytoczone ceny płyt pochodzą z polskich sklepów z 1997 r., a dokładniej ze sklepów w Gliwicach gdzie prawie wyłącznie kupowałem wówczas płyty. Przeważnie nabywałem je w dwóch sklepach: Salonie Muzycznym „Elvis” oraz w „Fono-Shop”. Skąd mam te ceny? To proste, zawsze zapisywałem kiedy, gdzie i za ile kupuję daną płytę. Dzięki temu obecnie mam te dane.

Jak już wspomniałem wszystkie te płyty kupiłem taniej niż to co podaje „JPC-Katalog”. Jednak jak na polskie nędzne zarobki ich zakup był znacznie większym wysiłkiem finansowym dla przeciętnego Polaka niż mieszkańca Europy Zachodniej. Najtańsze były oczywiście płyty wielkich koncernów zakwalifikowane we wspomnianym katalogu do najniższego pułapu cenowego.

Przede wszystkim kupowałem akurat te płyty, które były tańsze niż przeciętna, czyli przy okazji różnego rodzaju promocji. Najniższą ceną za album dobrego markowego wykonawcy to 15 zł. Za tę niewielką cenę nabyłem np. albumy: Santana „Santana” (1969) i Jimi Hendrix – „In Concert” (1982). Przykładowo tak tanie zakupienie klasycznego albumu Santany było możliwe dzięki temu, że po ukazaniu się tej płyty w wersji remasterowanej jego dawne wydanie sprzedawano za bezcen, byle się tylko pozbyć go z magazynów i półek sklepowych.

W cenie 20 zł kupiłem m.in.: Jim Croce – „Photographs And Memories” (1974), Traffic – Mr. Fantasy” (1967). W tym wypadku motywem przeceny były słabe wydania tych płyt. Tak niskie ceny były jednak rzadkością, a większość nabywanych przeze mnie płyt była droższa.

Po 25 zł kupiłem m.in.: The Grateful Dead - „Athem Of The Sun” (1968), Alice Cooper – „Billion Dollar Babies” (1973), The Smiths – „Meat Is Murder” 1985), Al. Stewart – „Year Of The Cat” (1976). Generalnie była to cena niemal o połowę niższa niż ta jak występowała w wypadku tych płyt na rynku niemieckim.

Niestety większość płyt jakie kupiłem była już tylko droższa. Najtańsze inne płyty jakie wówczas nabyłem kosztowały po 30 zł za sztukę. W tej cenie kupiłem m.in.: Yes – Relayer” 1974), The Moody Blues – „Caught Live + Five” (1977), UFO – „Phenomenon” (1974) i Tangerine Dream - „Phaedra” (1974). Następne płyty tej ostatniej grupy np. „Richochet” (1975) kosztowały już więcej, bo po 35 zł za sztukę.

Po 35 zł zapłaciłem za następujące płyty: Dire Straits - „Dire Straists” (1978), Led Zeppelin – „Houses Of The Holy” (1973), Procol Harum – „Grand Hotel” (1973), Genesis – „Nursery Cryme” (1971), Black Sabbath - „Master Of Reality” (1971), Ten Years After – „Ten Years After” (1967), Fleetwood Mac – „Fleetwood Mac” (1968), Eric Clapton – „Rainbow Concert” (1973).

Po 40 zł za sztukę kupiłem m.in.: The Alan Parsons Project – „Tales Of Mystery And Imaginatoion” (1976), Electric Flag – „A Long Time Comin” (1968), John Coltrane – „A Love Supreme” (1964), Groundhogs – ‘Thank Christ For The Bomb” (1970), Soft Machine – „Fourth” (1971).

Po 45 zł musiałem zapłacić m.in. za : Led Zeppelin - „Presence” (1976) i „In Through The Out Door” (1979), Pat Metheny – „Watercolors” (1977), Bob Dylan – „Blonde On Blonde” (1966), Rage Against The Machine – „Rage Against The Machine” (1992), Pearl Jam – „Ten” (1992).

Bardzo dużo trzeba było zapłacić za nowości wydawnicze, np. King Crimson – „Thrakattak” (1996), wznowienie The Who – „Tommy” (1969), Elvis Presley – „Elvis ‘56” (1996) i Jimi Hendrix – „First Rays Of The New Rising Sun” (1997) – każda z nich kosztowała po 50 zł.

Za ekskluzywną dwupłytową wersję albumu Marillion – „Script For A Jester’s Tear” (1983) wyłożyłem 45 zł (co zresztą było ceną promocyjną). Tyle samo zapłaciłem za Jethro Tull – „Aqualung (25 Anniversary Special Edition)”. Jeszcze droższe było ekskluzywne wydanie albumu „Machine Head” (1972) zespołu Deep Purple za które zapłaciłem 70 zł.

Najdroższe jednostkowe ceny miały płyty wydawane przez niezależne wytwórnie, głównie przez niemiecką Repertoire i amerykańska East Side Digital. Płyty wydane przez wytwórnie Repertoire przeważnie kosztowały pomiędzy 45-50 zł. Przykładami płyt w tym zakresie cen są: Budgie – „Squawk” (1972), Bakerloo – „Bakerloo” (1969), The Artwoods, - „Art Gallery” (1964-1967), Indian Summer – „Indian summer” (1971), Renaissance – „Scheherazade And Other Storeis” (1975), Gracious – „Gracious!” (1970), String Driven Thing – „The Machine That Cried” (1973).

Najdroższe były jednak albumy twórców tzw. awangardy rocka. Płyty te także wydawane były także przez niezależne wytwornie, np. wspomniany ESD, ale specjalizujące się w repertuarze niekomercyjnym. Przeważnie płyty takie sprowadzałem poprzez jeden ze sklepów z USA i płaciłem za nie po 50 zł za sztukę. Byli to m.in. następujący wykonawcy: Henry Cow – „Unrest” (1974), The Residents – „Eskimo” (1979), Fred Frith – „Speechlesss” (1980).

Podobnie jak w Niemczech podwójne albumy były droższe. Za składankę Roberta Johnsona – „The Gold Collection” (1995) zapłaciłem 45 zł, za Them – „The Story Of Them” (1997) dałem 55 zł, za Led Zeppelin „Phicical Graffiti” (1975) wyłożyłem aż 65 zł. Album „The Wall” (1979) zespołu Pink Floyd kosztował mnie 70 zł, a zestaw „BB Sessions” zespołu Led Zeppelin 75 zł. Jednak najdroższe były dwa inne wydawnictwa: The Grateful Dead – „Dick’s Picks Vol. 1” oraz Santana – „Live At The Fillmore 68” (1997), za każde z nich musiałem zapłacić po 80 zł.

Jedynym boxem jaki kupiłem w 1997 r. był czteropłytowy zestaw „The Doors Box Set” grupy The Doors w cenie 130 zł. Kupując taki box musiałem potem czasowo ograniczyć zakup innych płyt aby zbilansować swoje fundusze.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć jedno: kupno tych wszystkich płyt było dla mnie bardzo dużym wysiłkiem finansowym i pochłonęło znaczną część moich dochodów. Z tego powodu musiałem odmówić sobie wielu innych rzeczy w życiu. Oczywiście takim obrotem sprawy nie była też zachwycona moja żona.

Na koniec tej części chciałbym jeszcze przytoczyć ceny niektórych trudniej dostępnych płyt oferowanych w 1997 r. przez sklep muzyczny MegaDisc w Warszawie specjalizujący się w sprzedaży rzadkich płyt.

Ceny poszczególnych płyt wybranych wykonawców w tym sklepie przedstawiały się następująco (w nawiasie podano cenę za sztukę):

13th Floor Elevator (58 zł), Affinity (64 zł), Agitation Free (65 zł), Amon Dul II (64 zł), Allman Brothers Band (52 zł), Budgie (55 zł), Camel (42 zł), Andromeda (65 zł), Ash Ra Tempel (65 zł), Kevin Ayers (65 zł), The Band (53 zł), Barlclay James Harvest (45 zł), Beggars Opera (64 zł), Birth Control (52 zł), Tim Buckley (52 zł), The Byrds (52 zł), Can (65 zł), Canned Heat (65 zł), Climax Blues Band (55 zł), Colosseum (52 zł), Caravan (45 zł), Chicken Shack (52 zł), Curved Air (50 zł), Electric Prunes (68 zł), Frumpy (64 zł), Fruup (68 zł), Gong (45 zł), Gracious (64 zł), Greatest Show On Earth (55 zł), Guru Guru (60 zł), Hawkwind (50 zł), Le Orme (65 zł), Joduy Grind (62 zł), King Pink Meh (64 zł), Lucifer’s Friend (64 zł), Magma (55 zł), Matching Mole (65 zł), May Blitz (64 zł), Message (55 zł), Museo Rosenbach (68 zł), Nektar (55 zł), Omega (48 zł), Osibisa (55 zł), Popol Vuh (65 zł), Premiata Forneria Marconi (65 zł), Raw Material (55 zł), Rare Bird (62 zł), Renaissance (55 zł), Skin Alley (68 zł), Strawbs (53 zł), Third Ear Band (68 zł), UK (60 zł), Warhorse (68 zł), Frank Zappa (55 zł).

Możliwości nabywcze polskiego i niemieckiego kolekcjonera w 1997 r.

Jak już wcześniej podano w 1997 przeciętnie zarabiający (mówimy o średniej krajowej) obywatel Niemiec miał wówczas do dyspozycji na miesiąc 8.690 zł (w przeliczeniu na złotówki). Natomiast przeciętnie zarabiający Polak dysponował jedynie sumą 1.061 zł. Faktycznie te kwoty były niższe, ale tutaj podano je w uproszczeniu dla lepszego zobrazowania różnic w możliwościach finansowych polskich i niemieckich konsumentów muzycznych w 1997 r. Innymi słowy przeciętnie zarabiający Polak miał tylko 12,2% tej kwoty którą dysponował przeciętnie zarabiający Niemiec.

Za swoją średnią krajową niemiecki meloman był w stanie nabyć ok. 193 płyty po 45 zł za sztukę. Z kolei polski konsument mógł kupić tylko ok. 23 płyty po 45 zł za sztukę. Innymi słowy Niemiec mógł kupić o 739% płyt więcej płyt niż Polak. I choć w porównaniu z początkiem lat 80. XX w. sytuacja polskiego konsumenta płyt znacznie się poprawiła (wtedy mógł on kupić jedynie jedną zachodnią płytę za miesięczną średnią pensję) to jednak i tak nadal była nie najlepsza. Wspomniane dysproporcje w zarobkach Niemców i Polaków w 1997 r. przekładały się oczywiście na różnice w możliwościach zakupu płyt CD-Audio przez melomanów w obu krajach.

Podsumowując te rozważania możemy więc z całą pewnością powiedzieć oczywistą prawdę, że melomani w Polsce z powodu znacznie mniejszych dochodów nie mieli takich możliwości zakupu płyt jakie mieli melomani w krajach zachodnich.

W wyniku ograniczonego rynku muzycznego oferta na polskim rynku sprzedaży płyt CD-Audio była mniejsza niż na Zachodzie, zwłaszcza w zakresie różnego rodzaju ekskluzywnych wydań fonogramów. Najtrudniej dostępne były płyty niezależnych wytwórni. Były one nie tylko rzadkie ale i drogie (jak na polskie zarobki).

Na koniec małe podsumowanie praktyczne. Podstawowa studyjna część dyskografii grupy The Beatles liczyła w sumie 12 płyt i w Niemczech kosztowała ok. 508 DM czyli ok. 1.018 zł. Kupno dyskografii The Beatles stanowiło dla Niemca w 1997 r. wydatek w wysokości 8,8% jego miesięcznego zarobku, a dla Polaka był to wydatek w wysokości 95,9% jego miesięcznego zarobku. Z tego powodu wielu melomanów w Polsce do dzisiaj nie ma pełnej dyskografii tego zespołu w swojej kolekcji.

Republika – „Nowe Sytuacje / Nieustanne Tango”, MM Potocka Productions, 1991, Poland

  Płytę tę kupiłem 15 IX 1993 r. w nieistniejącym już od dawna sklepie muzycznym „Wideofon” znajdującym się niegdyś przy ul. Zwycięstwa w Gl...